środa, 15 lutego 2012

Starbucks

Tak się składa, że już od kilku miesięcy pracuję w kawiarni znanej amerykańskiej sieci Starbucks. Tak tak wspomagam kapitalistyczny biznes gospodarki z drugiej strony Oceanu Atlantyckiego, którego symbolem jest syrena z dwoma ogonami i długimi kręconymi włosami, zakrywającymi jej nagi biust. Ciekawostka: pierwsze logo zakładało syrenę z odsłoniętym nagim biustem, ale bulwersowało to ówczesną populację, dlatego też logo zostało zastąpione tym dzisiejszym. Dlaczego syrena? Otóż wyjaśnienie jest bardzo proste. Statki które przewoziły tony worków z kawą miały na dziobie rzeźby, a najczęściej rzeźbę syreny, która miała odstraszać te "prawdziwe", które miały w zwyczaju zwodzić marynarzy i tym samym rozbijać ich statki. 
Mój butik znajduje się na znanej i drogiej ulicy Rivoli w całkiem przyjemnej okolicy. Nie będę oczywiście opisywać jak wspaniała kawę serwujemy, ale skupię się na tym jak wygląda jeden dzień w mojej pracy. 

Z kim pracuję
Ekipa mojego butiku-mówię "mojego" bo tak się tutaj ponoć mówi- jest niesamowita. Być może praca w kawiarni nie jest moją wymarzoną, ale dzięki ludziom z którymi udało się tutaj pracować jest niemal czysta przyjemnością (a jest to ważne, bo praca w Starbucksie różami usłana nie jest i pachnie w 60% eau de javel (odpowiednik polskiego wybielacza, płynu do usuwania zabrudzeń i tłuszczu) a w 40 pozostałych aromatem kawy...).
Mój szef to kompletny kosmita rzucający głupimi politologiczno-rasistowko-pokręconymi żartami, który jest przekonany, że w Polsce je się tylko buraki i ziemniaki. Reszta ekipy uwielbia śpiewać, co udowadniają nagminnie przy klientach, dlatego gdyby ktoś mnie tam kiedyś odwiedził, niech sie nie zdziwi jak usłyszy głośne In the jungle the mighty jungle the lion sleeps tonight w wykonianiu Paul'a w tym ja w chórkach:  A łiiiiiiiiii imambambułej....
Kiedyś opiszę  każdego z moich kompanów, ale dziś skupmy się na przebiegu wydarzeń w ciągu dnia. Mówiąc krótko praca z tymi ludźmi doprowadza do tego, że mam kolkę w brzuchu od ciągłego śmiechu i żartów.

Pracę zaczynamy o 7 rano-jak ktoś robi open (ach tak co bym nie zapomniała, gwoli wyjaśnienia, Francuzi, nie tylko w Starbucksie, używają niesamowicie dużo anglicyzmów) lub o 14 do 21,30 lub 22,00h jak ktoś robi close.
Jak każda kawiarnia, mamy naszych stałych klientów.
Każdego ranka przychodzi Miguel -niesamowicie sympatyczny pan, który rano zamawia grande americano. Często przychodzi też w południe. Co jakiś czas dajemy mu kawę gratis. Niestety zaraz po nim wpada niska brunetka, która mimo, że narzeka na tempo usług (a zawsze się niby spieszy) jest u nas punkt 7.00. Naprawdę wredne babsko, aż ma się ochotę ją potraktować bluzgami albo wylać jej to tall americano na twarz.... Następnie przychodzi 40 letnia kobita, dość miła. Zawsze bierze tall latte z syropem orzechowym, mlekiem odtłuszczonym o temperaturze dziecięcej, czyli poniżej standardowych 64 stopni Celsjusza (lol).
Jak tylko otwieramy wpada oczywiście Amerykanin. Jest tochyba jakiś włóczęga, bo zawsze kupuje espresso i śpi na fotelu w drugiej sali która znajduje się w piwnicach. Potem znowu podchodzi do baru i prosi o kubeczek-papierowy- z gorącą wodą... Jest fryzjerem, ale strzyże ludzi w dziwny sposób, bo na stojąco na dworze... raz mnie zapytał czy nie jestem metysem i czy jestem pewna że nie mam nikogo czarnoskórego w rodzinie (wtf?!). Zawsze nosi kaszkiet i ma dość dziwny wyraz twarzy, tak jak by kiedyś przeszedł jakąś operacje twarzy czy lifting. Nie wiem dlaczego ale przypomina mi Michaela Jacksona. Naprawdę! Jak dla mnie, jeśli Michael Jackson naprawdę żyje i upozorował swoją śmierć, tajemniczy fryzjer w kaszkiecie mógłby być pierwszym podejrzanym.
Po południu przychodzi do naszego butiku babinka owinięta fioletową chustką. Jest na tyle wiekowa, że ma już problemy ze swobodnym poruszaniem się. Siada na jednym z naszych czerwonych foteli i czeka, często zasypia na siedząco. A czeka na swoja córkę-tez już babcię, ale jeszcze nie babinkę. Ta, za każdym razem zamawia zielona herbatę z miętą w filiżance i karmelowego muffinka podgrzanego w piekarniku dla mamy, a dla siebie bierze czekoladę na gorąco w kubku plastikowym. Zawsze to samo! Potem siada razem ze swoja mamą. Niejednokrotnie zamawia drugi raz to samo. Zaprowadza mamę do toalety i po jakiś kilku godzinach opuszczają nasz butik... .
Następnie, niczym bohaterki "Seksu w wielkim mieście" tylko trącone rydwanem czasu, wpadają też 3 inne kobitki. Są to również już raczej babcie aniżeli młódki. Siadają zawsze przy oknie zaraz koło barku z cukrem, mlekiem itd... Zawsze! Nawet jak już ktoś tam siedzi dosiadają się do tej osoby i czekają aż nie wytrzyma i sobie pójdzie... Zamawiają zawsze czekoladę z bita śmietaną i obserwują wszystko i wszystkich. Raz nawet szefowa bandy próbowała mnie przydybać opowieściami o tym kto kradnie papier toaletowy, ale od tego czasu staram się unikać wszelkich interesujących konwersacji z tymi jednak co by nie mówić, miłymi paniami. Bardzo lubię też sympatyczną pyzatą Angielkę, która zawsze bierze tall latte extra doza espresso. Ona lubi chyba wszystkich, bo każdego z nas pyta jak leci i zawsze przychodzi i odchodzi uśmiechnięta. Tak trzymać!
Mam nawet swojego fana (no baaa), odkąd pomogłam klientowi i wymieniłam mu nieelegancko podanego wrapa na nowy. Zapytał mnie czy podam mu swój numer telefonu, bo chciał mi się odwdzięczyć i zaprosić do restauracji. Odmówiłam, ale on dalej mnie lubi... To niski, łysy człowiek. Przychodzi do kawiarni wieczorem. zawsze bierze wrapa i deser. Siada koło baru i się na mnie gapi. Zagaduje. Wiem już np , że ma babcie Polkę. Nawet przytoczył mi kilka słów po polsku. Ponoć sam zgadł że jestem Polką, ale kij go tam wie . W dobie fb wszystko jest możliwe... Nie można jednak odmówić- facet jest uprzejmy.
Przez jakiś czas mieliśmy tez naszego bezdomnego, który wpadał sobie do Starbucksa ze swoją torbą-całym swoim dobytkiem-i prosił o darmowe espresso. Masakra, nie dość że koleś nie ma kasy to jeszcze przychodzi sobie do jednej z najdroższych sieci kaw we Francji i prosi o darmowy napój!? Proszę jacy bezdomni są we Francji! Luksus przede wszystkim... Najlepsze jest to, że ten napoj często dostaje od mojego kierownika zmiany. siada sobie potem w fotelu, wyciąga odtwarzacz CD i oddaje się muzyce. zawsze wyobrażam sobie, że słucha muzyki klasycznej. Wtedy obrazek jest jeszcze bardziej groteskowy. Bezdomny, w Starbucksie, gdzie kawa kosztuje 4 euro (to dużo nawet we Francji), dostaje swoje espresso i jako meloman oddaje swoja duszę operom Mozarta...
Teraz opiszę grupę czy nazwijmy to gatunek klientów.
Azjaci. Są dla mnie ciągle zagadką. Nie mówią w ŻADNYM, ale to żadnym języku oprócz swojego czing czang coś tam. Nie mam zielonego pojęcia jak oni funkcjonują tu we Francji-niektórzy mają ticket restaurant- notesik czeków na określoną sumę, które dostaje niemal każdy zatrudniony we Francji pracownik, co jest wkładem pracodawcy w żywienie pracowników-znaczy to ni mniej ni więcej tylko, że są tutaj na stałe. I jak oni do cholery mogą pracować i żyć we Francji nie umiejąc wyartykułować nawet słowa ani po francusku ani po angielsku????!!!! Najlepsze jest to, że jakimś cudem składają  zamówienie w Starbucksie (mamy trzy etapy: składanie zamówienia, płacenie, odebranie napoju), a kiedy dochodzą do kasy i ja próbuje się dowiedzieć co zamówili spotykam mur ciszy... Pytam: Qu'est-ce que vous avez commandé? Cisza. Pytam więc: What did you order? Cisza. Już lekko zirytowana mówię: 8 Euros please! Nic! Ok pokazuję palcem na kasie 8 euro k****!!! (to ostatnie akurat powtarzam w myślach). Po chwili zadumy i skontaktowaniu się z koleżanką-też niemową stojącą obok-dostaje moje 8 Euro-NARESZCIE!
Co ciekawe Azjaci zawsze dają wyliczoną kwotę pieniędzy i zamawiają niemal zawsze americano- czyli po prostu czarna kawę.
Po zamknięciu, kiedy nie ma już klientów włączmy głośno muzykę i śpiewamy jeszcze głośniej niż za dnia.
Po pracy często idziemy na drinka. Jeśli po zamknięciu zostają straty np kanapki, bagietki, muffinki. Zbieramy je i często po drodze podrzucamy śpiącym na ulicach bezdomnym. Bardzo mi się podoba ten gest moich kolegów z pracy. Uważam to za coś pięknego. nie jest to jakaś wielka pomoc, ale na pewno bardzo miły gest. Ciekawa jestem czy Harold Schultz, twórca Starbucksa, zdaje sobie sprawę z tego ilu ludziom pomaga "na boku" jego wielka korporacja. Pewnie nie ma o tym zielonego pojęcia, a może i lepiej, pewnie zaraz znalazł by się ktoś, kto by to opodatkował...

2 komentarze:

  1. Rany, jaki długi post! Może też się przymierze do pracy w Starbucksie jak tam tak śmiesznie :D

    OdpowiedzUsuń
  2. hehe i tak wszystkiego nie napisałam, bo wyszłaby powieść ;P Ale fakt, jest zabawnie. Wbijaj do Starbucksa ;D

    OdpowiedzUsuń