sobota, 12 kwietnia 2014

Powrót do życia na blogu-part 2 i życie na południu Francji!

No tak, pewnie już wszyscy myślą, że znowu gdzieś zaginęłam. nawet nie patrzę na datę ostatniego wpisu bo aż mi wstyd! Tym razem mam jednak dość dobre alibi, bo w moim życiu wiele się zmieniło. Opućiłam Paryż! Wreszcie! I to przynajmniej na rok, ale mam nadzieję, że na zawsze! Mam też kilka nowych obserwacji, więc nie powiennam miec problemów z nowymi postami. Ale od początku!
Już od dawna chciałam opuścić Paryż. Tak Paryż o którym wszyscy marzą, misato milości, wieży Eiffla i Sekwany. Po 2 i pół roku tu spędzonych nie mogłam juz znieść tempa życia, nieżyczliwości i arogancji ludzi. Szczęśliwym zrządzeniem losu udało mi się przeprowadzić na upragnione południe (bo przeciez nie opuszcze ukochanej Francji!). Jestem w Tuluzie, już od niemal 4 miesięcy. Póki co mam same pozytywne odczucia i moja decyzja o opuszczeniu "la ville de la lumière" (miasta światła) nie wydaje mi się decyzja złą, a wręcz rewelacyjną! Dziś tylko kilka pierwszych wrażen, każda z innej beczki.
Oczywiście na samym poczatku musiałam przenieść konto z Paryża do Tuluzy-tak tak jak się przeprowadzacie we Francji, nie możecie po prostu przenieść waszych manatków i spokojnie korzystać z konta, ale żeby cokolwiek bardziej skomplikowaengo załatwić (jak np. zamówic książeczkę czekową) musicie dokonać przeniesienia konta do nowego miasta. Konto zostaje to samo, numer ten sam, bank ten sam, ale zmienia się jakiś kod banku (chyba jakieś 3 cyferki) i jest niesamowicie ważnym dokonać tej zmiany. Na szczęście nie jeste to trudne, ale trwa ponad tydzień! W innym przypadku, poza płaceniem waszą kartą, nie będziecie mogli nic załatwić w nowym mieście, bo WASZ AGENT jest w innym mieście. Jeśli potrzebujecie czegoś na teraz, to agent z nowego miasta, musi napisać maila do tego z miasta poprzedniego, poczekać na jego odpowiedź i dopiero wtedy bank będzie mógł zacząć jakieś działania. Aby tego uniknąć przenioslam po prostu wirtualnie moje konto...
Co do pierwszych wrażeń. Ludzie spoza Paryża są o wiele bardziej sympatyczni. Usmiechają się o wiele więcej, zgaduja w kolejkach,  są wyluzowani, generalnie są po prostu MILI! Dobrze obrazuje to moja mini przygoda. W pierwszych dniach, akurat padało i jakaś obca kobieta zapytała czy nie pożyczylabym jej skrawka mojego parasola, bo idzie do kuzynki, a nie chce stanąć w jej progu jak jakaś zmokła kura. Oczywiście się zgodziłam i odbylyśmy miłą pogawędkę zakonczoną zawołaniem tej przemiłej kobiety "bienvenue en France"! (wiatmy we Francji!) Już jej tam nie poprawiałam, że ja to we Francji jestem od 3 lat... Dlaczego uważam, że ta historia dobrze obrazuje różnice Paryż-południe. W Paryżu nikt nikogo obcego nie zapyta czy mógłby skorzystac z jego parasola, bo albo ta osoba po prostu go zignoruje albo...przywali  mu tą parasolką w łeb!
Jedzenie:
Na południu jest ciasto drożdżowe! Oczywiście nie takie dobre jak w Polsce ale zawsze! Ciasto na Trzech Króli, które w niemal całej Francji jest po prostu ciastem francuskim wypełnionym masą budyniową (jest przepyszne i ma chyba z miliard kalorii) tutaj jest ciastem na drożdżach i przypomina trochę taką bułke maślaną- no radość w moim sercu! Mimo, że nie mogę jeść pieczywa ( na szczęście tutaj wygrała moja ciekawośc i żarłoczność) oczywiście spróbowałam tego lokalnego specjału i jest naprwdę dobre! Jak już jesteśmy przy ciastach, to tutaj "pain au chocolat" (tłum. chlebek czekoladowy-coś jak croissant z masą czekoladową w środku) nazywa się "chocolatine" ^^ Oczywiście ostrzgam, bo mnie też już uprzedzono, w Paryżu pod żadnym pozorem nie proście w piekarni o "chocolatine", tylko zawsze o "pain au chocolat" bo sprzedawczyny ani Was nie zrozumie, a jeszcze popatrzy na Was krzywo jak na wszystkich z "prowincji"! (to fakt potwierdzony przez moich znajomych!).
Akcent:
Na południu Francuzi mówią z przecudownym akcentem! Co prawda, jeżeli ten akcent jest naprwdę mocny można nawet odnieść wrażenie że dana osoba nie mówi w ogóle po francusku ale po "jakiemuś inszemu" i może być to nawet trudne do zrozumienia, ale ja ten akcent absolutnie uwielbiam! Na czym on polega? Ciężko to opisać, ale spróbuję. Tutaj Francuzi zmiękczają nosówki. Oto kilka przykładów:
demain (tł: jutro) normalnie czyta się "dymę", a tutaj "dymeń"
Robin (imię Robin), normalnie czyta się : "Robę", tutaj: "Robeń"
pain (tł. chleb), normalnie czyta się : "pę", tutaj "peń"
Nie wiem czy jakoś Wam te przykłady obrazują ten akcent, ale jakbym miała go opisać w porówanniu z klasyczną wymową, to powiedziałabym, że wymowa z południa jest ... urocza. Sami Francuzi mówią czasem, że jak ktoś mówi z tym akcentem, to nie można go za bardzo brać na serio! Ja w każdym razie się w tym akcencie zakochałam. Co jakis czas zdarza mi się powiedzieć coś " z południowym akcentem", chociaż staram się tego unikać bo i tak czasem jeszcze slychać u mnie akcent polski więc mieszanka tych dwóch mogłaby byc dość niedorzeczna. Generalnie brzmiałabym jak Polka z francuskiej wsi! 
Póki co jest mi tu dobrze i jak miałabym komuś polecić dobre miejsce dożycia we Francji to na pewno z czystym sumieniem moge polecic Tuluzę. Jak juz sobie poukładam w głowie co chcę powiedzieć, to pewnie napisze więcej o samej Tuluzie. Poki co każdego dnia sie raduję, że zamieniłam "la ville de la lumière" (misato światła) na "la ville rose" (różowe miasto), bo tak nazywa się we Francji Tuluzę.