poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Karnawał w Tuluzie!



We Francji jest dość długa tradycja świętowania karnawału. Szczególnie w Oksytanii- obszar Francji w którym używa się (a raczej używało) języka oksytańskiego. Oksytania obejmuje całą południową Francją od Limousin aż do Hiszpanii i wchodzi w nią m.in. Toulouse i Bordeaux. 

Tak bardzo tradycyjnie to karnawał odbywał się tutaj po Nowym Roku, w okolicach lutego i wtedy w każdej wsi  rodziny zabijały świnię, obrabiały ją i się nią zajadały, aby potem móc przetrwać 40 dni postu przed Wielkanocą (wtedy nie jadło się mięsa w czasie postu). Czasy się zmieniły, język oksytański niemal wyginął i karnawał można teraz świętować np. w Wielki Piątek… .

Mała dygresja: w Tuluzie nazwy ulic są po francusku i oksytańsku. Można jeszcze go usłyszeć w metrze, ponieważ „pani z głośniczka” mówi nazwy stacji po oksytańsku- co oczywiście nikomu do niczego nie służy, bo nikt go nie rozumie! Jest tutaj zresztą nawet jakieś stowarzyszenie tego języka –jako dziedzictwa kultury. Generalnie oksytański brzmi jak mieszanka hiszpańskiego z francuskim wymawiana z buzią pełną pierogów… Ta mieszanka jest taka dziwna, że ani Francuz ani Hiszpan tego nie zrozumie, bo się nie da! Koniec dygresji, wracamy do karnawału!

Jak mówiłam, czasy się zmieniły, pobożność Francuzów też i teraz robi się karnawały, kiedy i gdzie popadnie. Np. w Nicei był chyba w okolicach marca, a tutaj był na początku kwietnia -4-6 kwiecień. (zresztą teraz w Wielki Piątek też jest jakiś karnawał pod Tuluzą- a co!). Ja tam nigdy fanką karnawałów nie byłam, ale ten faktycznie mi się spodobał! Zresztą w tym roku, miałam takie szczęście, że byłam członkiem ekipy radiowej która robiła reportaż o tym wydarzeniu. Mam więc informacje z pierwszej ręki (no ba!).
Karnawał w Tuluzie

Pierwszy karnawał w Tuluzie był zorganizowany 26 lutego 1982 roku przez Uniwersytecki Komitet Organizacyjny Karnawału (fr COCU). Warto chyba wspomnieć, że studenci tuluskiego uniwersytetu organizowali imprezy tego typu już w XIII wieku. Od pierwszego roku swojego oficjalnego istnienia karnawał podbił serca mieszkańców różowego miasta i na ulicach gromadziły się tłumy przebierańców i specjalnie przygotowanych na tę okazję udekorowanych wozów i powozów. Karnawał niestety stał się ofiarą swojego sukcesu, bowiem w 1988 roku został zabroniony przez ówczesnego mera Dominique’a Baudis, gdyż „powodował za wielkie zamieszanie” i zniknął nie na krótko bo na 24 lata! Na szczęście dość niedawno, bo w 2011 roku karnawał został wznowiony przez mera Pierre Cohena. Tegoroczny karnawał był trzecim od tak długiej przerwy! W tym roku na ulice Tuluzy wyległo ponad 60 000 widzów tego niesamowitego spektaklu! (niektórzy mówią , że nawet do 100 000). Ale na czym to w ogóle polega?!

Po pierwsze tuluskie stowarzyszenia i ugrupowania przygotowują wóz, który bierze udział w pochodzie.  Nie jest to byle jaki wóz, bo często ma rozmiary wielkiej ciężarówki! Wozy te są podobne do tych z karnawału w Rio de Janeiro. Niektórzy przygotowują swoje powozy miesiącami. Rozmawiałam z grupą ludzi, którzy zrobili wóz w kształcie żółwia i powiedzieli mi, że przygotowywali go 8 miesięcy! Takich wozów w tym roku było ponad 50! Gdyby Was to interesowało, każdy może się zgłosić i zaprezentować swój wóz. Merostwo pomoże Wam wynająć ciężarówkę i zdobyć materiały do dekoracji więc droga wolna!

Wszystko zaczęło się około 19h i zakończyło na placu Jean Jaurès około północy. W czasie marszu pełno jest konfetti i muzyka na full! Taki udział pomaga tym stowarzyszeniom zdobyć nowych zwolenników, w ogóle pokazać, że istnieją i dobrze się bawić! Ja spotkałam stowarzyszenie wrotkarzy, Brazylijczyków, wóz z Bollywood, wędkarze (to taki wóz trochę  geriatryczny…), stowarzyszenia kulturalne, kulinarne, arabskie, muzyczno DJowe- no wszystko co chcecie i czego nie chcecie! 

Na czele pochodu zawsze sto Pan Karnawał- wielka kukła, która ma symbolizować wszystko co złe, czego chcemy się pozbyć jak: zima, zimno, szef, teściowa, bankier… Każdy inaczej uosabia Monsieur Carnaval, który na początku pochodu zostaje obrażany przez uczestników, a na zakończenie spektakularnie spalony! 

Rozmawiałam z jednym z gapiów, który był przebrany za jakiegoś czarnoksiężnika i on opowiadał mi, ze w Tuluzie są też karnawały dzielnicowe, tuż przed tym wielkim miejskim i że on ze znajomymi spalił w zeszłym roku finansistę, a w  tym bankiera. Hmm coś mi się wydaje, że nie tylko ja nie lubię francuskich banków...

Wstawiam kilka zdjęć z samej imprezy, ale także z przygotowań. Zdjęcia, które są w pomieszczeniu, są to obrazy z nocy przed karnawałem, z wielkiej hali jaką wynajmuje dla powozów merostwo. Kukła w koronie to Pan Karnawał

















sobota, 12 kwietnia 2014

Powrót do życia na blogu-part 2 i życie na południu Francji!

No tak, pewnie już wszyscy myślą, że znowu gdzieś zaginęłam. nawet nie patrzę na datę ostatniego wpisu bo aż mi wstyd! Tym razem mam jednak dość dobre alibi, bo w moim życiu wiele się zmieniło. Opućiłam Paryż! Wreszcie! I to przynajmniej na rok, ale mam nadzieję, że na zawsze! Mam też kilka nowych obserwacji, więc nie powiennam miec problemów z nowymi postami. Ale od początku!
Już od dawna chciałam opuścić Paryż. Tak Paryż o którym wszyscy marzą, misato milości, wieży Eiffla i Sekwany. Po 2 i pół roku tu spędzonych nie mogłam juz znieść tempa życia, nieżyczliwości i arogancji ludzi. Szczęśliwym zrządzeniem losu udało mi się przeprowadzić na upragnione południe (bo przeciez nie opuszcze ukochanej Francji!). Jestem w Tuluzie, już od niemal 4 miesięcy. Póki co mam same pozytywne odczucia i moja decyzja o opuszczeniu "la ville de la lumière" (miasta światła) nie wydaje mi się decyzja złą, a wręcz rewelacyjną! Dziś tylko kilka pierwszych wrażen, każda z innej beczki.
Oczywiście na samym poczatku musiałam przenieść konto z Paryża do Tuluzy-tak tak jak się przeprowadzacie we Francji, nie możecie po prostu przenieść waszych manatków i spokojnie korzystać z konta, ale żeby cokolwiek bardziej skomplikowaengo załatwić (jak np. zamówic książeczkę czekową) musicie dokonać przeniesienia konta do nowego miasta. Konto zostaje to samo, numer ten sam, bank ten sam, ale zmienia się jakiś kod banku (chyba jakieś 3 cyferki) i jest niesamowicie ważnym dokonać tej zmiany. Na szczęście nie jeste to trudne, ale trwa ponad tydzień! W innym przypadku, poza płaceniem waszą kartą, nie będziecie mogli nic załatwić w nowym mieście, bo WASZ AGENT jest w innym mieście. Jeśli potrzebujecie czegoś na teraz, to agent z nowego miasta, musi napisać maila do tego z miasta poprzedniego, poczekać na jego odpowiedź i dopiero wtedy bank będzie mógł zacząć jakieś działania. Aby tego uniknąć przenioslam po prostu wirtualnie moje konto...
Co do pierwszych wrażeń. Ludzie spoza Paryża są o wiele bardziej sympatyczni. Usmiechają się o wiele więcej, zgaduja w kolejkach,  są wyluzowani, generalnie są po prostu MILI! Dobrze obrazuje to moja mini przygoda. W pierwszych dniach, akurat padało i jakaś obca kobieta zapytała czy nie pożyczylabym jej skrawka mojego parasola, bo idzie do kuzynki, a nie chce stanąć w jej progu jak jakaś zmokła kura. Oczywiście się zgodziłam i odbylyśmy miłą pogawędkę zakonczoną zawołaniem tej przemiłej kobiety "bienvenue en France"! (wiatmy we Francji!) Już jej tam nie poprawiałam, że ja to we Francji jestem od 3 lat... Dlaczego uważam, że ta historia dobrze obrazuje różnice Paryż-południe. W Paryżu nikt nikogo obcego nie zapyta czy mógłby skorzystac z jego parasola, bo albo ta osoba po prostu go zignoruje albo...przywali  mu tą parasolką w łeb!
Jedzenie:
Na południu jest ciasto drożdżowe! Oczywiście nie takie dobre jak w Polsce ale zawsze! Ciasto na Trzech Króli, które w niemal całej Francji jest po prostu ciastem francuskim wypełnionym masą budyniową (jest przepyszne i ma chyba z miliard kalorii) tutaj jest ciastem na drożdżach i przypomina trochę taką bułke maślaną- no radość w moim sercu! Mimo, że nie mogę jeść pieczywa ( na szczęście tutaj wygrała moja ciekawośc i żarłoczność) oczywiście spróbowałam tego lokalnego specjału i jest naprwdę dobre! Jak już jesteśmy przy ciastach, to tutaj "pain au chocolat" (tłum. chlebek czekoladowy-coś jak croissant z masą czekoladową w środku) nazywa się "chocolatine" ^^ Oczywiście ostrzgam, bo mnie też już uprzedzono, w Paryżu pod żadnym pozorem nie proście w piekarni o "chocolatine", tylko zawsze o "pain au chocolat" bo sprzedawczyny ani Was nie zrozumie, a jeszcze popatrzy na Was krzywo jak na wszystkich z "prowincji"! (to fakt potwierdzony przez moich znajomych!).
Akcent:
Na południu Francuzi mówią z przecudownym akcentem! Co prawda, jeżeli ten akcent jest naprwdę mocny można nawet odnieść wrażenie że dana osoba nie mówi w ogóle po francusku ale po "jakiemuś inszemu" i może być to nawet trudne do zrozumienia, ale ja ten akcent absolutnie uwielbiam! Na czym on polega? Ciężko to opisać, ale spróbuję. Tutaj Francuzi zmiękczają nosówki. Oto kilka przykładów:
demain (tł: jutro) normalnie czyta się "dymę", a tutaj "dymeń"
Robin (imię Robin), normalnie czyta się : "Robę", tutaj: "Robeń"
pain (tł. chleb), normalnie czyta się : "pę", tutaj "peń"
Nie wiem czy jakoś Wam te przykłady obrazują ten akcent, ale jakbym miała go opisać w porówanniu z klasyczną wymową, to powiedziałabym, że wymowa z południa jest ... urocza. Sami Francuzi mówią czasem, że jak ktoś mówi z tym akcentem, to nie można go za bardzo brać na serio! Ja w każdym razie się w tym akcencie zakochałam. Co jakis czas zdarza mi się powiedzieć coś " z południowym akcentem", chociaż staram się tego unikać bo i tak czasem jeszcze slychać u mnie akcent polski więc mieszanka tych dwóch mogłaby byc dość niedorzeczna. Generalnie brzmiałabym jak Polka z francuskiej wsi! 
Póki co jest mi tu dobrze i jak miałabym komuś polecić dobre miejsce dożycia we Francji to na pewno z czystym sumieniem moge polecic Tuluzę. Jak juz sobie poukładam w głowie co chcę powiedzieć, to pewnie napisze więcej o samej Tuluzie. Poki co każdego dnia sie raduję, że zamieniłam "la ville de la lumière" (misato światła) na "la ville rose" (różowe miasto), bo tak nazywa się we Francji Tuluzę.