poniedziałek, 30 czerwca 2014

Francja-kraj w którym każdy ma przewisko i każdy charczy

Coś o imionach.

Już kiedyś pisałam chyba o różnych zwrotach grzecznościowych we Francji, ale ostatnio stwierdziłam, że jest oprócz tego, że są dość nagminne jest coś jeszcze. Chodzi mi o to, że wydaje mi się, że we Francji ludzie o wiele częściej używają imion kiedy zwracają się do kogoś. Oczywiście w Polsce jak z kimś rozmawiamy to używamy imienia tej osoby, ale we Francji robi się to chyba częściej. Np kiedy wysyłamy sms do kogoś w Polsce to raczej chyba nie piszemy: "Cześć Robert co u Ciebie?". Wydaje mi się, że mamy tendencję raczej by powiedzieć: Cześć co u Ciebie? Natomiast we Francji bardzo często wysyłając wiadomość ludzie do mnie piszą: Coucou Natalia, Ca va Natalia? Nie wiem czy mam rację, ale zwracam na to uwagę, ponieważ ja mam bardzo duży problem z zapamiętywaniem imion i faktycznie to częste zwracanie się do ludzi po imieniu jest dla mnie nie tylko trudnością ale i nowością. Czekam na Wasze opinie bo już nie wiem czy zwariowałam czy faktycznie tak jest.

Coś o przezwiskach.
Tak jak co do tego, że Francuzi używają imion częściej niż w Polsce mam pewne wątpliwości, tak nie mam ich co do tego, że oni uwielbiają przezwiska i skróty odimienne. Nie cierpię tego, bo już nie raz ludzie wymyślili mi jakiś kosmiczny skrót z którym w ogóle się nie utożsamiałam, ale oni uparcie chcieli skrócić moje i tak niedługie imię. Wydaje mi się, że przezwisko powinno mieć jakąś historię lub być związane z konkretną sytuacja, często zabawną-we Francji niekoniecznie. Kiedy natomiast prosiłam znajomych by mnie tak nie nazywali, często się nawet obrażali! Oczywiście są w Polsce imiona od których tworzy się łatwo skróty, ale my częściej używamy zdrobnień. W języku francuskim zdrobnienia zrobić trochę trudniej i tak zamiast tego są juz utarte "przezwiska". Tak więc zamiast nazywać kogoś Yohan będziemy mówili na niego Yoyo, Iwona-Iona lub też Yoyo lub Youyou, zamiast Jean-Baptiste raczej powiemy J-B (czytać: ŻiBe), zamiast Jean-Philippe- J-P, zamiast Laurent jest Lolo. We Francji jest to bardzo naturalne, mi przychodzi jednak z trudnością. Nie dość, że z wielkim wysiłkiem człowiek nauczy się i zapamięta te wszystkie imiona (sarkazm), to zaraz każą mu zmienić koncepcję i używać tych milusińskich skrótów! Ostatnio zdarzyło mi się, że koleżanka zaczęła mi nawijać o jakimś Lolo. Ja w mojej głowie robiłam rekonesans wszystkich ludzi jakich znam w Tuluzie i nie miałam pojęcia kim jest Lolo! Zapytałam, a ona zdziwiona: no przecież jak to nie wiesz, to jest Laurent! No tak jasne, jak mogłam na to nie wpaść! 

Charczące żaby
 
Jak już jesteśmy przy imionach i codziennych konwersacjach to chyba jeszcze nie wspomniałam, że we Francji sposób mówienia i wyrażania emocji jest zupełnie inny niż w Polsce. Kiedy mówimy po francusku warto duuużo gestykulować. Machajcie łapkami ile wlezie-wtedy ludzie lepiej was zrozumieją, a i nierzadko zamiast słów używa się pewnych gestów. Do tego dochodzi jeszcze gwizdanie, jak np w zdaniu: "No był tutaj Yoyo i tak w mgnieniu oka (tutaj soczysty gwizd) gdzież zniknął". (warto tez jednocześnie machnąć ręką pokazując gdzie zniknął). Istnieją też dźwięki w mowie potocznej, których nie spotkacie w żadnym innym języku, jak np. często kiedy ludzie nas słuchają i chcą potwierdzić jak bardzo wczuwają sie w naszą sytuację, lub potwierdzić to, co mówimy mówiąc "oui" wezmą jednocześnie szybki wdech wydając lekki wdech jak gdyby brakowało im powietrza. Jakbym to chciała zobrazować to wyjdzie takie "łiiihy" mówione na wdechu i wchodzące na wysokie tony. Ale moim ulubionym jest dźwięk, który używamy by wyrazić nasze niedowierzanie co do sytuacji, jej niedorzeczność lub kiedy już nic nam się nie chce. Chodzi mi o bardzo gardłowy dźwięk, który możemy odtworzyć mówiąc "hoooo" na wydechu ale z charczącym "h". Najśmieszniejsze, że te dziwne dźwięki, gesty etc bardzo szybko wchodzą nam w krew i teraz sama charczę i sapię!

niedziela, 29 czerwca 2014

Kim był Andrzej Bobkowski



Parę tygodni temu miałam przyjemność spotkać dwóch niesamowitych podróżników: Filipa i Angelikę, którzy przemierzają Francję na rowerach. Ich trasa nie jest jednak przypadkowa, bo podążają śladami książki „Szkice piórkiem”, której to autorem jest właśnie Andrzej Bobkowski. Sam autor przebył całą Francję w latach czterdziestych uciekając przed Niemcami – jego podróż również odbyła się rowerem. Swoje spostrzeżenia i uwagi dotyczące nowego kraju umieścił w książce „Szkice piórkiem”, która to stała się inspiracją dla Filipa i Angeliki. Jest to naprawdę bardzo ciekawy projekt, bo sami autorzy nie tylko podróżują śladami pisarza, ale sami też spisują swoje uwagi, czy nagrywają wywiady ze spotkanymi osobami (ja też miałam szczęście i mogłam pouśmiechać się do kamery, bo Tuluza znalazła się na ich trasie). Są to naprawdę wspaniali ludzie i jeśli jesteście zainteresowani ich projektem, czy samym Bobkowskim i jego książką to, to wszystko (wraz z fragmentami książki) znajdziecie na ich blogu i stronie na FB. Sama zresztą przymierzam się do książki, a sam projekt dzielnie śledzę. Naprawdę polecam ;)