środa, 26 października 2011

Tutaj pracuje się wolniej...

Jedną z pierwszych rzeczy jakiej nauczyłam się we Francji jest to, że nie można tu pracować...zbyt szybko. Moje pierwsze dni w pracy, były katorgą. Do domu wracałam zmasakrowana i zmęczona jakbym w ciągu dnia stoczyła bitwę na froncie wojennym. Na szczęście szybko zorientowałam się, że powodem mojej męczarni było to, że wszystkie czynności wykonywałam zbyt szybko i w ten sposób dawano mi nowe, dodatkowe zadania, a często wyręczałam nawet innych pracowników, którzy JESZCZE nie zdążyli skończyć swojej roboty. W konsekwencji miałam o wiele więcej zadań niż moi koledzy, którzy mieli spokojne, normalne tempo pracy. Zresztą, należy wspomnieć, że na początku nie wychodzili z podziwu jak ja mogłam to czy tamto tak szybko skończyć, a ja po prostu brałam się za robotę a nie za pogaduchy! Ja z kolei nie wiedziałam, dlaczego na wykonanie tego czy innego zadania dane mi jest tyle czasu... Przecież równie dobrze mogłam w tym samym czasie zrobić to co mam do zrobienia i jeszcze zdążyłabym wypić kawę i pójść na spacer... Jednak po jakiś 2 tygodniach wreszcie odkryłam, że Francuz i Polak mają zupełnie inne poczucie czasu i tempo pracy. Pracować należy spokojnie i dokładnie, a nie tak by zasapać się na śmierć. O nie! Trzeba się szanować!
Kolejny przykład. Pracuję teraz w Ministerstwie Kultury i wszyscy skarżą się, że maja niesamowitą ilość pracy, ale jednocześnie ten wielki bagaż zadań nie przeszkadza im w robieniu sobie 1,5-2 godzinnej przerwy na spacer po dzielnicy. Notabene, wszyscy pracownicy ministerstwa garną sie do tego by mnie oprowadzić po okolicy czy jak np dzisiaj zaprowadzic do Louvru... Na to czas jest zawsze! Początkowo czułam się naprawdę zażenowana faktem, że w godzinach pracy wychodzę na kawę czy zwiedzanie, ale do luksusów człowiek się łatwo przyzwyczaja, więc nie mogę powiedzieć, że teraz to próżnowanie przychodzi mi z bólem...powiem nawet więcej, bardzo mi to odpowiada, bo dzięki tym promenades odwiedziłam już ogrody Palais Royal,  dowiedziałam się że niedaleko mieszkała znana pisarka Colette, a także dokładnie opisano mi dzieje budynku ministerstwa oraz jak już wspomniałam, dane mi było odwiedzić-za darmo- czasową kolekcję w Louvre traktującą o władcach Chin i Francji. Jeszcze tylko dodam na marginesie, że wydaje mi się, że to oprowadzanie mnie tu i tam, wynika z jakiejś potrzeby Francuzów pochwalenia się ich dobytkiem kulturowym, bo robią to bardzo chętnie i z nieukrywaną duma prezentują mi każdą budowlę...
Co ciekawe wydawało mi się, że już nauczyłam się jak pracować, ale ostatnio paf, znowu usłyszałam: "Już skończyłaś?! Jeny, jak ty to zrobiłaś. Przecież zaczęłaś dopiero godziną temu!". Konkluzja: polskie zapędy sprawnej pracy mam chyba dość mocno zakorzenione skoro po 3 miesiącach "doświadczenia" dalej pracuję "za szybko".

czwartek, 20 października 2011

Włosi zwiedzają Paryż

         W ostatnich dniach odwiedził mnie tutaj znajomy z Włoch. Przyleciał do Paryża z całą rodziną. Rodzinka wspaniała, mimo, że nie rozumiem za wiele po włosku ubaw miałam naprawdę niezły. Zostali 3 dni. Pierwszego dnia pojechali do Disneylandu. Tego samego dnia zwrócili też uwagę na wielka metalową konstrukcję tuż przy ich hotelu- wieżę Eiffla Drugiego dnia zwiedzili muzeum Louvre. Trzeba jednak wspomnieć, że muzeum jest zamknięte we wtorki, więc to co zwiedzili to była raczej galeria handlowa znajdująca się pod samym muzeum... Wracaliśmy tam 3 razy i jest to jedyny monument przez nich odwiedzony!!! Powodem niejechania na Montmartre była plucha i odległość jaką trzeba by pokonać metrem...Zostaliśmy więc w galerii i zwiedzaliśmy... sklepy. Chciałam ich zabrać na Pont Neuf, na Montparnasse, ale zaatakował ich głód i poszliśmy do włoskiej restauracji niedaleko Saint Michel... Następnie ruszyliśmy na Champs-Elysees. Umówiłam się z nimi pod łukiem Triumfalnym, ale tam nie dotarli, bo po drodze wstąpili do kolejnej galerii handlowej ! Następnego dnia wyjechali... Ciekawa jestem czy oni faktycznie przyjechali zwiedzać Paryż, czy bardziej być w Paryżu. a to dwie zupełnie różne sprawy...

                Ciekawym punktem tej wycieczki była rozmowa z recepcjonistą ich hotelu. Był to przemiły pan, pochodzenia marokańskiego. Wcześniej był dziennikarzem, dzięki czemu znał wiele ciekawych historii celebrytów paryskich. Po pierwsze dowiedziałam się, że jak ktoś już ma hotel w Paryżu-jest jego właścicielem-jest to czysty zysk. Płaci się tylko za wodę, elektryczność i ogrzewanie. Klientów jest zawsze dużo-zważając na liczbę turystów-więc cała pozostała gotówka idzie do kieszeni właściciela. Właścicielka tego hotelu to skromna dziewczyna, która odziedziczyła go po ojcu. Co ciekawe, nie jest tak, że każdy hotel w Paryżu należy do kogoś innego. W większości wypadków jedna osoba jest właścicielem kilku hoteli, co czyni z niej miliardera. 
Recepcjonista wspomniał również o czymś takim jak hotel privé (hotel prywatny). Tym rarytasem mogą pochwalić się tylko nieliczni-ministrowie, gwiazdy, wysoko postawieni politycy czy biznesmeni. Otóż hotel privé  jest to po prostu cała kamienica, która jest własnością jednej osoby. Osoba ta mieszka tam sama i przyjmuje tam gości i znajomych. Jedna z takich osób posiadających hotel privé  jest Carla Bruni, która jak się dowiedziałam,  jest o wile bogatsza od Sarkozy'ego i to on każdej nocy przychodzi do jej hotel privé i tam nocuje! Prezydent Republiki Francuskiej nocuje U swojej żony! Można zatem stwierdzić, że trud francuskich sufrażystek nie poszedł na marne. Są zatem we Francji kobiety, które odnoszą sukcesy i które mogą dać pstryczka w nos nawet...prezydentowi Republiki Francuskiej!

środa, 12 października 2011

Przyjemności

Francja to kraj rozrywki i relaksu. Francuzi uwielbiają "dobrze się bawić". Ma to tutaj wiele znaczeń.
Kawiarnie
Żabojady uwielbiają przesiadywać w kawiarniach paląc papierosa bądź cygaro. O każdej porze dnia można zobaczyć tłumy marznące na tarasach wylansowanych kawiarni, którym nie straszny wiatr i plucha. Oczywiście latem kawa na tarasie to czysta przyjemność , ale w październiku? Zawsze intrygowało mnie dlaczego Francuzi wolą męczyć się na zimnym tarasie, kiedy można wypić tę kawę w środku, siedząc w wygodnym fotelu. Całe szczęście, że każda szanująca się kawiarnia inwestuje w  kilka lamp, które dostarczają przyjemne ciepło chroniące ich przed przeziębieniem.  
Wydaje mi się, że chodzi tutaj przede wszystkim o to, że Francuzi kochają przesiadywać na tych tarasach. Każdy z nich chce choć na chwilę uciec z biura i w czasie przerwy obiadowej wolą "pomęczyć się" unikaniem  kropli deszczu kapiących im do filiżanek aniżeli znowu znaleźć się w zamkniętym pomieszczeniu. Zresztą jak tylko maja taką możliwość "przenoszą swoje biuro" (biorą ze  sobą teczki, papiery, laptopa i telefon służbowy) do jednej z pobliskich kawiarni i tam pracują upajając się jednocześnie faktem, że spędzają milo czas poza biurem.
Konwersacje
Francja to kraj w którym ludzie interesują się wszystkim. Każdy szanujący się Francuz codziennie czyta wiadomości na jednym lub kilku ulubionych portalach. Już nie raz zaskoczyli mnie wiedzą na temat tego co dzieje się w Polsce! Dzisiaj jedna z Pań z którą współpracuję niemal zmiotła mnie z powierzchni ziemi przytaczając program partii Palikota! O polityce rozmawia się dużo, ale też i wiedza na ten temat jest spora. Społeczeństwo znad Sekwany może pochwalić się naprawdę wysoką kultura polityczną, czego nie można niestety powiedzieć o społeczeństwie Polskim... Jeżeli w czasie rozmowy z Francuzem ktoś ośmieli się powiedzieć, że nie czyta informacji o świecie, niech nie będzie zaskoczony szokiem i niedowierzaniem wyrysowanym na twarzy żabojada.
Oczywiście rozmawiają nie tylko o polityce. Mnóstwo konwersacji toczy się na temat tego co się dzieje u znajomych, wokół kuchni (często!), a niejednokrotnie wymieniają opinie na tematy kulturalne czy historyczne. 
Konwersacja to clou życia Francuzów i jedna z ich największych przyjemności. Nawet sam język francuski zaopatrzył ich w mnóstwo nic nie znaczących słów czy zwrotów mających rozpocząć, przedłużyć rozmowę czy po prostu zagaić do osoby stojącej na drugim końcu korytarza. Jednym z takich zwrotów jest ca va? (jak się masz, wszystko w porządku). Ta fraza jest najczęściej wypowiadaną przez Francuzów. Nie jest ważne czy mijają kogoś w korytarzu, w windzie czy zaczynają zaplanowane spotkanie. Trzeba zapytać czy wszystko w porządku! Tak na marginesie, czasami bywa to denerwujące, bo nawet osoby z którym pracuję, w ciągu ośmiogodzinnego dnia potrafią zadać to pytanie kilkukrotnie... tak jakby w moim życiu miały zajść niesamowite zmiany w czasie 45 minut w przeciągu których zjechałam windą do restauracji i zjadłam obiad. Z drugiej strony uważam za niesamowite jak to społeczeństwo dba o interakcje międzyludzkie. W ten sposób ma się poczucie, że zna się niesamowicie dużą ilość ludzi. Nawet jeśli jedyną informacją jaką się z nimi wymienia jest to czy ca va  czujemy się lepiej, jesteśmy częścią społeczności firmy, uczelni czy kamienicy.
Związki
Na ten temat rozpiszę się jeszcze nie raz, ale kilka słów by nakreślić jakiś szkic. Związki we Francji to rzecz niesamowicie skomplikowana, która ma wiele twarzy. To że flirt jest wszechobecny nikogo nie dziwi, bo tak jest wszędzie. Jednak dla mnie Francja posiada w tym temacie pewną specyficzność. Francuzi lubią się bawić i czerpać tyle przyjemości z życia ile się tylko da, dlatego też tutaj wszystko przychodzi łatwiej i szybciej. Seks jest tu środkiem na wiele uciążliwych dolegliwości takich jak nuda, zmęczenie, stres czy po prostu brak fun'u. Aby nie komplikować sobie życia wymyślono tu niesamowicie dziwny (przynajmniej dla mnie) system klasyfikacji związków. Mamy więc: związek normalny, na poważnie (najrzadszy przypadek). Następnie kilka typów związków pas sérieux (nie na poważnie). Możemy dostać propozycję związku pas sérieux ukrytego -rżniemy się na wszystkie sposoby ale nikt nas nie widzi i nikt o tym nie wie, jednocześnie jak zdarzy się nam przespać z kimś innym świat się nie zawali. Następnie związek pas sérieux z zastrzeżeniem wyłączności ale dalej ukryty- jesteśmy razem, ale nie wiemy jak to będzie więc nie róbmy z tego wielkiej sprawy. Kolejny to związek pas sérieux publiczny- jesteśmy ze sobą, wychodzimy razem, chodzimy za rączkę ale nie przejmujemy się takimi pierdołami jak fakt, że nasza dziewczyna ma 3 innych facetów. I ostatni to związek pas sérieux publiczny zastrzeżony-czyli jesteśmy razem, wszyscy o tym wiedzą, ale żadne z nas nie deklaruje miłości do końca życia. Związki pas sérieuxi można zakwalifikować jako te a la fucking friends. Do tego wszystkiego dochodzą oczywiście one nignt stand. Nie mówię, że istnieje to tylko tutaj! O nie! Jednak ta klasyfikacja jest o tyle ważna, że jak ktoś chce zliczyć dziewczynę która jest już w jakimś związku od razu zapyta ją czy jest w relacji sérieuse czy non sérieuse, co by wiedzieć czy będzie łatwo ją przekonać do seksu czy nie-bo odpowiedź "jestem w stałym związku" nie jest tutaj ścianą nie do przejścia ani dla jednej ani dla drugiej strony...
Co ciekawe ostatnio rozmawiałam z kolegami z pracy o trójkątach i prawie każdy z nich albo spróbował-2 wariacji (2 facetów plus 1 kobieta i 2 kobiety plus jeden facet) albo się nad tym zastanawia, albo miał już kilka propozycji. Może jestem staroświecka, ale w Polsce mi tego nigdy nie zaproponowano, a tutaj już ze 2 razy. Najlepszym jednak punktem tej konwersacji był temat dziewic. Moi chłopcy stwierdzili, że nie cierpią spać z dziewicami, bo to jest zawsze problem, pełno krwi etc... Z całej ich rozmowy wywnioskowałam tyle, ze niejedna dziewica poplamiła im już prześcieradła...Good for them!
Oczywiście trzeba wziąć pod uwagę fakt, że opisuję tutaj w sposób dość generalny, ponieważ nie można twierdzić, że KAŻDY Francuz jest uzależnionym od kawy i papierosów, dyskutującym przez całe dnie w kawiarniach seksoholikiem, ale żeby przedstawić przybliżony obraz tej społeczności musiałam posłużyć się nielubianym przeze mnie narzędziem zwanym-generalizacja. Pod koniec tej lektury nie można mieć wątpliwości co do jednej rzeczy-Francuzi uwielbiają zabawę i przyjemności i muszę przyznać, że póki co,  wychodzi im to na dobre!

piątek, 7 października 2011

Dziękujemy za Państwa zrozumienie...

Pierwszy wpis. Nawet nie wiem od czego zacząć. Od 3 miesięcy mieszkam,pracuję i robię staż w Paryżu. Miasto moich marzeń. Ponoć mówi się o nim la ville de la lumière- miasto światła. Generalnie nie wiem jak ustosunkować się do tej pięknej metafory. Jakiegoś szczególnego porażenia słonecznego tutaj nie doznałam, a i raczej sami Paryżanie częściej mówią o szarym niebie, aniżeli o słonecznym blasku. Pewnie dlatego, że sporą część swojej egzystencji spędzają w mrocznym i niestety niepachnącym lawendą metrze, albo we własnym samochodzie stojąc w gigantycznych wieczornych korkach. Może kiedyś odkryję źródło tej zagadki, ale póki co zostaje to dla mnie tajemnicą. 
Co do Paryża. Clark napisał książkę- Mede, rok w Paryżu. Przeczytałam ją z przyjemnością, jak tylko tutaj przyjechałam. Książka jest pełna humoru i faktycznie czyta się ją łatwo i przyjemnie. Autor rzucony w wir paryskiego życia opisuje sytuacje, które albo go dziwiły, albo szokowały, albo po prostu śmieszyły. Sporo z tego jest prawdą, jednak tytułowe merde (gówno) nie leży na każdym rogu ulicy, o czym autor usilnie próbował mnie przekonać.
Jeśli chodzi o obszyte legendą metro, to działa ono naprawdę sprawnie i nie wyobrażam sobie tak ogromnego miasta bez tego typu środka transportu. Oczywiście co jakiś czas zdarzają się utrudnienia w ruchu tej ogromnej sieci pociągów, szczególnie w RER (sieć szybkich podmiejskich pociągów) z których ja jestem zmuszona korzystać. Co ciekawe, kiedy takie utrudnienia występują Francuzi na koniec komunikatu opisującego przyczyny opóźnień dodają zawsze frazę : Merci de votre compréhension ("Dziękujemy za Państwa zrozumienie"). Po pierwsze kto im powiedział, że ja wykazuję w stosunku do ich nieudolności jakiekolwiek zrozumienie?! W Polsce kulturalnie nas za to przepraszają! Przecież w razie opóźnień czy wypadków, każdy z nas słyszy : "Za utrudnienia przepraszamy". Tutaj nie! Francuzi wychodzą z założenia, że wszystkie osoby, które po całym dniu pracy chcą wrócić do domu,  wykażą się zrozumieniem. Na dodatek tak piszą wszędzie- kiedy zamykają drogę, w razie wypadku etc... Czyżby byli optymistami? Może po prostu Francuzi to taki spokojny naród, który godzinę spędzoną na oczekiwaniu na kolejny pociąg, albo 3 godziny spędzone w korku z powodu robot na drogach nie uznają za czas stracony, który mogliby poświęcić na zrobienie 10 innych rzeczy i uczczą to mimo wszystko chwilą zrozumienia?! W każdym razie ja tego zrozumienia ani nie okazuję ani nie wykazuję i zawsze manifestuję moje niezadowolenie soczystym: MERDE!