niedziela, 27 października 2013

I dalej francuska bankowość...

Ostatnio spotkałam Polaka i tak sobie ponarzekaliśmy na życie na emigracji. Rozmowa zeszła na temat francuskiej bankowości i okazało się, że nie tylko ja miałam z nią przeboje. Wcześniej wydawało mi się, że to po prostu mój bank jest jakiś dziwny a tu niespodzianka... wszystkie francuskie banki działają podobnie. A więc zatem postanowiłam zebrać wszystko do kupy i przedstawić ten dość pokręcony system...

Oto przedstawiam mały przewodnik Polaka we francuskim banku:

1. Jeśli chcesz zrobić przelew na jakieś obce konto nie zrobisz go od ręki.
O tym już chyba jakiś czas temu pisałam, ale gwoli przypomnienia. Jeśli macie konto we francuskim banku i chcecie zrobić przelew, by np. zapłacić za wynajem mieszkania jego właścicielowi lepiej nie czekać do ostatniej chwili, bo przelewu nie zrobić z dnia na dzień... Jeśli bowiem konto tego właściciela nie jest waszym kontem (a tak zazwyczaj nie jest) to musicie najpierw wysłać zapytanie do banku, by ten sprawdził konto tejże osoby i bank po jakimś tygodniu (albo i więcej) wyśle wam odpowiedź LISTOWNIE, że tak, bank wprowadził to konto na listę kont na które MOŻECIE wysłać WASZE pieniądze na to konto i dopiero wtedy możecie zrobić przelew... To konto będzie wtedy widniało na liście kont (mówię o bankowości elektronicznej), na które możecie wysłać pieniądze... Co ciekawe, nawet jeśli macie inne konto we Francji lub konto zagraniczne, na wasze nazwisko, procedura jest TA SAMA. Krótko mówiąc nawet wasze własne konto musi być sprawdzone przez wasz bank i musicie dostać od niego zgodę na przelew...

2. Jeśli chcesz wyciągnąć więcej niż 400 euro, również nie zrobisz tego od ręki...
Przed wyjazdem na wakacje chciałam wyciągnąć własne pieniądze z konta by po roku ciężkiej pracy wyruszyć na jakieś fajne wakacje. Oczywiście za wyciąganie pieniędzy zabrałam się wcześniej, bo przewidziałam, że nie będzie to zadanie łatwe. Nie potrzebowałam jakiejś góry pieniędzy, ale powiedzmy sumę wysokości jednej pensji. No niestety trwało to dni 10!!! Po pierwsze musiałam iść do banku i poprosić o podwyższenie mi sumy pieniędzy jaką można wyciągnąć tygodniowo. Tak się składało, że poszłam do placówki obok mojej pracy, a nie tej do której jestem przypisana. Pan wysłał zatem maila do mojego bankowca (pierwsze słyszę, że mam mojego prywatnego bankowca) z moja prośbą. Mój bankowiec mi potem oddzwonił i oświadczył, że przyjął moje zgłoszenie i że będę mogła wyciągnąć większą sumę za 48 godzin. Poczekałam, idę do banku a tu niespodzianka, dalej mogę wyciągnąć maksymalnie 200 euro. Idę więc do Pana bankowca (tym razem już bezpośrednio do MOJEGO) i mówię, że coś tu nie gra. Pan oświadczył, że widocznie musiałam wcześniej coś wyciągnąć, a że przyzwolona suma może być wyciągnięta co 7 dni muszę poczekać kolejne 2 dni. Czekam, idę do banku, to samo... pochodziłam sobie tak z tydzień i wreszcie na Pana nawrzeszczałam, że wylatuję następnego dnia, a ciągle nie mam pieniędzy! Pan wyciągnął zza pazuchy jakaś inną kartę, kazał mi podejść do bankomatu i cudem moje pieniądze zostały WRESZCIE przez maszynę wyplute. Z relacji mojego znajomego wynika, że gorzej jest kiedy faktycznie chce się wyciągnąć jakąś większa sumę (np. na kupno samochodu). Wtedy ponoć bankowcy są zszokowani, bo jak to ktoś chce wyciągnąć tyle pieniędzy. Zapowietrzają się, przeciągają i dopiero jak im się zagrozi, że zamykamy konto w ich banku nagle pieniądze zostają odnalezione...

3. Jeśli chcesz zadać jakiekolwiek pytanie dotyczące twojego konta, musisz umówić się na rendez-vous...
Tak tak, jeśli przyjdzie wam kiedyś do głowy zadanie jakiegokolwiek pytania panu/pani przy kontuarze w baku nie liczcie na to, że ta osoba da wam jakieś wyczerpujące informacje. Musicie umówić się na spotkanie z waszym bankowcem, czyli krótko mówiąc odpowiedź będziecie mieli najwcześniej za 24 godziny... Nie ma sensu prosić o otworzenie drugiego konta, kartę, ubezpieczenie, pan przy kontuarze jest tam od umawiania słynnych francuskich rendez-vous (ewentualnie może wam dać numer na infolinię...), a nie żeby odpowiadać na jakieś skomplikowane pytania...

4. Czy kartę używacie czy nie, trzeba za nią słono płacić
Oczywiście, żeby było zabawniej za każdą kartę jaką używacie do obsługi waszego konta musicie płacić i to nie mało, bo około 120-160 euro rocznie! Nie ma tutaj systemu jak w Polsce, że po 4 transakcjach karta jest za darmo. Za darmo możecie najwyżej umówić się na rendez-vous...

5. Jeśli przekroczycie 7 dniowy limit transakcji to możecie zostać na stacji benzynowej z pełnym bakiem benzyny i czekać tydzień aż wam odblokują konto, nawet jeśli wasze konto jest wypchane pieniędzmi...
To akurat historia mojego nowo spotkanego znajomego, który wyruszył samochodem do Niemiec, zatankował paliwo a tu psikus, karta nie chciała już płacić, bo przekroczył sumę jaką można wydać tygodniowo. Oczywiście fakt, że jego konto opiewało wciąż w spora sumę pieniędzy nic nie zmieniał. Wściekły zadzwonił do baku z prośba o odblokowanie mu konta, bo inaczej będzie zmuszony koczować przy samochodzie, na stacji benzynowej na środku autostrady. Pani niewzruszona poinformowała go, że limit przekroczył i trudno. z wielka łaską powiedziała mu, że za 48 h, w poniedziałek konto będzie odblokowane a póki co NIC nie może zrobić...Oczywiście nie mógł tego tak zostawić i pogroził, że zamyka zatem konto i kończy współpracę z tymże bankiem. Nie uwierzycie, ale pani w magiczny sposób natychmiast mu konto odblokowała i zadowolony nasz rodak, mógł zapłacić za benzynę i kontynuować swoja podróż po szosach Germanii...
To chyba tyle z opowieści bankowych, jestem jednak pewna, że nowe wkrótce się pojawią...

niedziela, 29 września 2013

Trufle z Prowansji

Koniec wakacji, metra, które dotychczas świeciły pustkami zaczęły napełniać się biegnącymi do pracy Paryżanami. Co prawda we wrześniu spotyka się jeszcze uśmiechniętych Paryżan-dopiero co wrócili ze słonecznych wakacji, ale już w październiku uśmiech znika wraz z letnia opalenizną. Szczerze mówiąc ten brak uśmiechu jakoś mi nie przeszkadzał (albo go nie zauważałam) do czasu aż nie zrobiłam sobie wypadu na słoneczne południe Francji i Prowansję. Faktycznie, w porównaniu z uśmiechniętymi i niesamowicie uprzejmymi Prowansalczykami, paryżanie to naburmuszone mopsy!!! Naprawdę! Przez te parę dni na południu byłam niesamowicie sympatycznie przyjęta, a wracając do Paryża, zauważyłam, że nie tylko niebo jest tu szare i zachmurzone, bo i humory mieszkańców do różowych nie należą. Oczywiście nie muszę chyba przypominać, że podroż pociągiem we Francji nie ma żadnego porównania z tłuczeniem się starymi pociągami po polskich torach. Trasę Paryż-Montpellier, która liczy 749 km, pokonałam z TGV w 3,5 godz!!! Jak dla mnie bomba! No i oczywiście pociągi są ładne, zadbane, czyste,ale niestety dość drogie, cóż... nic za darmo... W każdym razie liczy się to, że weekend nad morzem jest we Francji możliwy bez wielogodzinnej podroży, jak to w naszej ojczyźnie. Co do południa, a już bardziej do Prowansji, czyli terenów bliżej Nicei czy Marsylii i Tulonu to ostatnio zaczęłam pasjonować się tymi regionami i wpadłam na rewelacyjną książkę amerykańskiej pisarki, profesjonalnej szefowej kuchni, która opisuje Prowansję właśnie od strony kubków smakowych. Jednym z tematów, jakie podejmuje jest ciągle obecne i popularne w Prowansji grzybobranie. Mnie bardzo zaciekawił rozdział o truflach. Szczerze przyznam, że nigdy nie dane mi było skosztować,tego przysmaku, ale po tej lekturze na pewno jak będę miała okazję, to się skuszę. Otóż Georgeanne pisze, że trufle należą do rodziny grzybów, które jednak dojrzewają dopiero w okresie pierwszych przymrozków. Sezon na trufle trwa zima i ciągnie się do połowy lutego. Trufle to bulwy, które rosną pod ziemia, obok drzewa gospodarza: dębu, sosny, leszczyny lub lipy. tylko dobrze wyszkolony pies lub świnia potrafią wywąchać te trufle. Ponoć doświadczony zbieracz potrafi je znaleźć tylko dzięki temu że zauważy muszki, które składają swe jaja nad truflami. Dzięki metodzie zaszczepiania drzew, obecnej od kilkudziesięciu lat, hodowla trufli stała się bardziej popularna. Rozsady usadza się w gajach, jak drzewka oliwne i hoduje. Po około 8 latach drzewo rodzi co roku trufle. W XIX wieku to miasteczko Périgord  zasłynęło z hodowli czarnych trufli, które niedługo potem przyjęły nazwę trufli z Périgord. Nazwa utrzymała się do dziś a 80% trufli, które możecie skosztować we Francji pochodzi z Prowansji. Zbieranie trufli to według autorki intratne zajęcie, dlatego też hodowcy pilnie strzegą miejsc gdzie trufle się rodzą, a każdy złodziej zostanie dotkliwie przez właściciela pobity! Szukanie trufli, jak już mówiłam tradycyjnie odbywało się przy kompanii świni (kiedy zwierzę wykopie ryjem trufle, trzeba odwrócić jego uwagę, bo inaczej świnka takim przysmakiem nie pogardzi) jednak obecnie większość hodowców stosuje psy, ponoć rasa nie ma znaczenia.
Jeśli chcielibyście więcej poczytać o kuchni prowansalskiej i ogólnie o życiu w Prowansji pachnącej lawendą polecam książkę: Georgeanne Brennan pt "Świnia w Prowansji".

wtorek, 2 lipca 2013

Prezenty edukacyjne dla dzieci NIEmile widziane i debety na koncie...

Musze się podzielić moim ostatnim odkryciem. Otóż moi znajomi jakiś czas temu mieli kupić prezent 13 letniej dziewczynce i tym prezentem ostatecznie okazały się piekielnie drogie markowe perfumy. Trochę mnie to obruszyło, bo jestem zwolenniczką kupowania małolatom raczej jakiś edukacyjnych prezentów, takich jak książki, płyty czy ewentualnie już jakiejś biżuterii (tego ostatniego do edukacyjnych nie zaliczam ;)). Jednak parę dni później zszokował mnie inny kolega -Francuz, który zapytał mnie o pomoc przy wyborze perfum dla swojego 8-letniego (słownie: OŚMIO) kuzyna! Kiedy zobaczył moją minę (która wyrażała szok i niesmak jednocześnie) wyjaśnił mi, że we Francji to całkowicie normalne, że 8 latkowie perfumują się zapachami od Gucciego, Prady, Armaniego czy Hugo Bossa i nie rozumiał dlaczego mnie to tak dziwi! jak się potem okazało, nie jest on wyjątkiem, bo tutaj jest to zupełnie normalne i mimo, że istnieją perfumy dla dzieci, to i tak sporą tendencją jest kupowanie markowych perfum dla dorosłych i oferowanie ich ...dzieciom. Pocieszyło mnie to, że jak mój drogi kolega mi wyjaśnił, dzieci się perfumują ale nie malują. Dzięki Bogu! Ja i tak zostanę przy moich starych przyzwyczajeniach i będę kupowała ośmiolatkom tak hipsterskie prezenty jak zabawki i książki....

Kolejne moje spostrzeżenie:
Kiedyś już pisałam, że Francuzi uwielbiają żyć ponad stan i kupować drogie markowe przedmioty:super. Tez lubię luksusowe produkty i nie powiem, że od nich stronię. jednak jak się okazało, większość moich znajomych (powiedzmy ludzi w wieku 25-30 lat) żyje na ciągłych debetach bankowych. Wydawało mi się, że oni po prostu (tak jak ja) oszczędzają na drogie ciuchy i zegarki, a tu niespodzianka: bo nie! Nawet im się nie śni oszczędzać: No bo jak to! Oni po prostu co miesiąc, wydaja ze swojego konta pieniądze, których już tam nie ma i kończą miesiąc z debetem wysokości 300-500 euro. Co miesiąc! Wydaje mi się to nieracjonalne! Bo nawet jeśli  Polsce to się zdarza, bo bardziej prawdopodobne, to powodem takiego stanu rzeczy jest raczej spowodowane po prostu za małymi zarobkami a nie zakupami w butiku Chanel! Zresztą tutejszy system bankowy jest w tej sprawie dość pobłażliwy i jeśli się nie mylę zabiera odsetki dopiero jak mamy dług 500 euro od ponad tygodnia. Czyli ostatni tydzień można szaleć! Pewnie każdy ma na ten temat inna opinię, ale jak dla mnie jest to po prostu głupie. Może dlatego, że mam manię planowania sobie budżetu i jak kiedyś zdarzyło mi się mieć na koncie dług -30 euro (wielkie przerażenie!) pobiegłam od razu do banku pytając: "Panie co robić?! Dramat! Ile zapłacę odsetek?!." A Pan mi z uśmiechem odpowiedział, że mam jeszcze spory margines i że mam to olać... Kiedy zbulwersowana opowiedziałam to koledze, on mi powiedział (cytuję): " Masz tylko 30 euro długu?! I ty się martwisz?! Jak ja mam -30 euro, jeszcze tego samego wieczoru idę na imprezę i do drogiej restauracji! Ja jestem  na -800 euro. (koniec cytatu) Zostawiam to waszej opinii ;)

czwartek, 23 maja 2013

Jak Paryż to Chanel N 5

Dziś wybrałam się do Palais de Tokyo (Metro Ièna), gdzie obecnie jest wystawa poświęcona słynnym perfumom Chanel numer 5. Wystawa jest rewelacyjna i jeśli macie możliwość to gorąco ja polecam!

Z informacji praktycznych: 
Wystawę możemy oglądać do 5 czerwca 2013 i jest darmowa. Otwarta jest codziennie, oprócz wtorków. Na miejscu dostaniecie od razu mały przewodnik-całkiem spora książeczkę z papieru kredowego, która traktuje o każdym eksponacie (wersja po francusku lub angielsku). Poza tym każdy zwiedzający może się wyekwipować w przewodnik audio, za darmo (tez po angielsku lub francusku).

To teraz przejdę do samej wystawy ;)
Oczywiście tematem przewodnim są już historyczne perfumy Chanel numer 5, ale sporo można się dowiedzieć o samej Coco Chanel, jej inspiracjach, podróży do Wenecji i o życiu w latach 20. Chanel, jak się okazuje, poznała takie osobistości jak Jean Cocteau (francuski poeta) jak i Serge'a Dighilev'a (twórcę słynnego Ballets Russes- grupa "Rosyjski balet") czy Igora Stravinskiego (muzyk, twórca "Święta wiosny" i  kochanek Coco). Znajdziemy też tam liczne dzieła Picassa i Apollinaire'a czy Salvadora Dali, którzy żyli w tych samych czasach, co panna Chanel.
Dowiemy się, że np prosty w formach i kształtach kubizm był inspiracją dla opakowania perfum Chanel N5, tak samo jak to, że kształt flakonika jest niczym innym jak wariacją na temat metalowych buteleczek od  męskich wód kolońskich. Ale zacznijmy od początku....
Kolebka perfum w Europie była Wenecja i to tam ekstrahowano olejki, którymi skrapiała się współczesna burżuazja. Na początku XX wieku nie istniały kompozycje perfum, tylko pojedyncze zapachy jak jaśmin, róża czy pizmo. Coco Chanel chciała od tej tradycji odejść i poprosiła Ernesta Beaux (jego rodzina była odpowiedzialna za tworzenie perfum dla cara Rosji...) o skomponowanie zapachu kobiety, zapachu innego od wszystkich jej współczesnych. W efekcie powstały perfumy wieloskładnikowe (takie jakie obecnie mamy na rynku), z których ciężko było odróżnić konkretna nutę zapachową. Jak już mówimy o wieloskładnikowości , to Ernest Beaux poszedł na całość i składników w Chanel N5 możemy znaleźć nie kilka, ale aż 80 (!). Perfumy odniosły ogromny sukces nie tylko we Francji, ale na całym świecie i każda ówczesna kobieta marzyła by ten prosty w formie flakonik stał na jej toaletce. zapach ten jest jedynym, który utrzymuje się na rynku od tylu lat, i nigdy nie został zmieniony!
Nazwa numer 5, która stała się liczbą-talizmanem dla samej Chanel-jest po prostu numerem kompozycji laboratoryjnej jaką prezentował jej twórca. Piaty zapach, który spreparował Ernest Beaux spodobał się fundatorce największego domu mody na świecie i taką tez nazwę przyjęły perfumy. Pasuje to też do samej idei Chanel, która zawsze była za prostotą i elegancja, ale też odróżniało perfumy od innych jej ówczesnych, bowiem w 1921 roku wszystkie perfumy miały nazwy niemal poetyckie.
Wracając do symboliki liczby 5: Chanel uważała, że ta liczna przynosi jej szczęście i zawsze ustalała swoje pokazy 5 dnia miesiąca (5 lutego i 5 sierpnia). Nawet w jej mieszkaniu liczba pięć była obecna-np liczba lam na żyrandolu. Co ciekawe, nawet na swoim grobie Chanel zażyczyła sobie wygrawerowanie 5 głów lwów...

Etykietka, prosta w swojej formie jest zainspirowana dadaistycznymi "papillons DADA"-malutkimi karteczkami papieru, z prostym drukiem, na których dadaiści pisali krótkie teksty, praktycznie jednozdaniowe poematy. najczęściej podpisane przez Tristana Tzara (francuski poeta).
Znajdziemy też kilka informacji o logo firmy, które oprócz tego, że jest podwójnym "C", obróconym względem siebie niczym lustrzane odbicie, i które jest oczywiście pierwszą literą imienia Coco, może być zainspirowane emblematem Katarzyny Medycejskiej (jest niemal identyczne).
Na końcu wystawy możemy powąchać 7 podstawowych zapachów perfum (serce perfum, baza) oraz zobaczyć w zasuszonej formie wszystkie 80 składników. Przed wyjściem, w sali projekcyjnej, można jeszcze obejrzeć wszystkie reklamy jakie powstały w celu promocji Chanel N5-nawet nie zdawałam sobie sprawy, że reżyserami tych reklam są takie osobistości jak Luc Besson czy Ridley Scott!

Wystawa naprawdę pozwala przenieść się w lata 20 i pokazuje nam, że nawet  tak błaha rzecz, jak perfumy, które raczej kojarzą się z luksusem i próżnością, mogą mieć piękną historię, połączoną z literaturą i sztuką...Polecam zatem serdecznie wystawę i mam nadzieję, że przybliżyłam nieco świat Chanel ;)


                                                 Reklama: "Każda kobieta chce Chanel N5"

                                         Książeczka z laboratorium, gdzie powstały perfumy.

Marylin Monroe zapytana, w jednym z wywiadów, co nosi jak idzie spać, odpowiedziała : tylko Chanel N5.


niedziela, 10 marca 2013

Paryskie kamienice

Tak sobie ostatnio przemyślałam, pozbierałam moje wielkie przemyślenia do kupy i voila mam kilka nowych uwag co do Francuzów. Otóż wydaje mi się, że mimo tego, że uwielbiają ładnie się ubierać (co jest tutaj komplementem a nie zgryźliwą polską uwagą) i żyć ponad stan (to ta uwaga) to ich mieszkania mają taki hmm typowy "francuski" charakter. Jest kilka wyznaczników francuskiego mieszkania. 
Po pierwsze uwielbiają biały kolor. Może to być głupia uwaga z mojej strony, ale naprawdę w większości mieszkań ściany są białe, framugi i meble też od tego kodu kolorystycznego daleko nie odbiegają. Zresztą kiedyś widziałam w katalogu z meblami "styl prowansalski" który charakteryzował się noo białym kolorem i prostotą i faktycznie we Francuskich domach królują białe meble i wiklina. To taka sobie ciekawostka niech będzie. Ale oprócz tego są niestety bardzo ... brudne albo przynajmniej zabałaganione. Naprawdę! W domach większości właścicieli spodni od Yves Saint Laurent i Gucci panuje okropny syf! nie wiem z czego to wynika ale czasem zastanawiam się, czy oprócz odśnieżarki nie należałoby zapoznać Żaby z odkurzaczem i mopem! nie jest to tylko moja opinia, bo nawet moja znajoma, która wizytowała kilka bogatszych domów również była zszokowana burdelem jaki tam panował. Nawet jeśli Was zapraszają do domu, nie zdziwcie się jak na kanapach będą stosy prania, w zlewozmywaku kupa naczyń a do podłogi będzie można się przykleić! Niech Was nie zwiodą markowe okulary waszych gościnnych francuskich przyjaciół, bo możecie przeżyć szok kulturowy wchodząc do ich domów! Mi się wydaje, że nawet w skromnym polskim mieszkaniu, jak się kogoś zaprasza to się sprząta (przynajmniej jakoś ogarnia) przed wielkim dniem wizyty, a tutaj niekoniecznie...żaden Francuz nie będzie się męczył, żebyś ty mógł oddychać czystym niezakurzonym powietrzem! Może dlatego tak lubią spotykać się w restauracjach bo i nie trzeba sprzątać a i zmywanie odpada... no i można dobrze zjeść.
No to już sobie pomarudziłam, to przejdę do komplementów. Francuskie mieszkania są bardzo jasne i pełne światła. Raczej nie znajdziecie w nich meblościanek, a niejednokrotnie meblem pod telewizor będzie czadowa, hipsterska walizka... Zamiast wielkiego drewnianego stołu może być stół ogrodowy i żeberkowe krzesła (jak dla mnie bomba). 
Jeśli chodzi o kamienice, to mają przepiękne framugi i listwy ciągnące się przez ściany. Cudo. Do tego dochodzi kominek w niemal każdym pokoju! Nawet jak nie działa, wygląda przecudownie no i hipstersko. Co do paryskich mieszkań, to mało jest takich wielkich przestrzennych. Zawsze są pokręcone, ciasne i mają dziwny układ pokoi i korytarzy ale stylówka taka moim zdaniem dodaje im uroku. Jest to problematyczne jedynie jak chcemy się do takiego mieszkania wprowadzić, albo z niego wyprowadzić, bo meble nie przejdą przez kręte schody klatki schodowej, więc liczmy się z zamawianiem specjalnego dźwigu i wciąganiem mebli przez okna. Co ciekawe, w Paryżu nie ma typowych klatek schodowych (no oprócz wielkich HLM- blokowisk, ale będę pisała głownie o kamienicach) ale są takie hmm ganki. Tzn wchodzimy przez drzwi z ulicy, ale wychodzimy na krużganek i dopiero stamtąd udajemy się do "klatki schodowej" i naszego mieszkania. Dlatego też kamienice przylegają równolegle do ulic, bo klatki są właśnie "w środku" budynku. Kolejna ciekawostka (o której słyszeli chyba wszyscy moi znajomi, którzy mnie tutaj odwiedzili) długość i wysokość każdej kamienicy w Paryżu jest wprost proporcjonalna do długości ulicy przy której stoi. Jest to efektem reformy Haussmann'a z XIX wieku, który postanowił zrobić z Paryża prawdziwą stolicę, zbudować wielkie bulwary i proste ulice, więc po prostu pozrównywał z ziemią wszystko co do jego planu nie pasowała i mówi się, że to dzięki niemu możemy podziwiać dzisiejszą, przyznaję piękną, panoramę Paryża. Nie odbyło się bez strat bo, pan Haussmann porządnie uszczerbił (dosłownie cięto i wyburzano) budynki z terenu 3/4 miasta. (zachował się Montmartre). Kamienice są w Paris białe, kremowe i mają takie charakterystyczne szaro-niebieskie dachy. generalnie wszystkie są do siebie bardzo podobne, więc zawsze jak się gdzieś zgubię w ciemnej uliczce nie jestem w stanie powiedzieć, czy jestem blisko daleko czy już totalnie nie tam gdzie trzeba, bo wszystkie ulice wyglądają podobnie! Ale to właśnie uwielbiam i uważam, że jest to (jak do tej pory) najpiękniejsze miasto jakie widziałam. nie wiem ale dla mnie za każdym razem tworzy się magia kiedy spaceruję po tym mieście. 
Wyobraźcie sobie, że idziecie ulicą Rivoli, po prawej stronie macie Marais, a po lewej kilka budynków dalej można z mostu Marie zobaczyć dwie wybijające się wieże Notre Dame. Idę dalej Rivoli, mijam po lewej Hotel de Ville z karuzelą, która zawsze tam stoi, a po prawej znad budynków widać niebieskie rury Centrum Pompidou. Kawałek dalej dochodzicie do Chatelet z ta samotna wieżą, która jest efektem niedokończonych prac nad nową katedrą. I tutaj trafiamy na jeden z wielu bulwarów zbudowanych przez Haussmanna-boulevard Sebastopol. Jeśli zejdziecie do metra Chatelet to jest tam mój ulubiony SDF (bezdomny), chłopak w blond długich dredach, który zdobył moje serce jak zaśpiewał tym swoim chropowatym głosem "No women no cry". Jeśli jednak pójdziecie dalej to po lewej stronie powita Was muzeum Louvre, a jeśli będziecie się upierać i zostaniecie na ulicy Rivoli to przejdziecie obok ogrodów Tuileries i zajdziecie się na Place de la Concorde. Stąd już tylko 5 przejść dla pieszych (no pokonanie tego rondo-autostrado-wielopasmowej ulicy wymaga niestety takiej ilości) wyjdziecie bezpośrednio na ...Champs Elysee na końcu których stoi dumnie Łuk Triumfalny. Tak, ja chyba za to... tak kocham Paryż ;)

niedziela, 20 stycznia 2013

Śnieg we Francji, czyli narodowy kataklizm

Miałam dziś nic nie pisać i powstrzymać się od komentowania stanu chodników i dróg Paryża, który jest zasypany śniegiem od ostatnich 3 dni, ale pech chciał, że dziś niedziela i postanowiłam bohatersko wybrać się do Kościoła.... i to do Polskiego czyli, przy place de la Concorde w samym centrum miasta. Wymagało to ode mnie niesamowitej sprawności fizycznej i umiejętności utrzymania równowagi bowiem we Francji nie używa się czegoś takiego jak : ODŚNIEŻARKI!!!! Śnieg to dramat i żywioł z jakim się we Francji nie walczy. Nie wiem, może oni nie wiedzą, że od soli śnieg topnieje? A może uważają to za zjawisko niebezpieczne? W każdym razie w wiadomościach już trąbili, że w iluś tam regionach ogłoszono stan wyjątkowy! No ba faktycznie tak nieoczekiwane zjawisko pogodowe jakim jest śnieg, śmiało bezczelnie pojawić się w styczniu i zasypać bezbronną Francję... Dramat. I tak jak mówię, miałam to zostawić bez komentarza, ale miarka się przebrała kiedy to przez całą drogę (chodnikiem) szłam niczym mały zmarznięty pingwinek! tylko dlatego, że jest tak ślisko! Ponieważ nikt nic nie odśnieża, śnieg i na chodniku i na ulicach ubija się do tego stopnia, że tworzy pięknie mieniące się w słońcu (a nocą w blasku lamp) LODOWISKO! Ile można tuptać!? Ale to jeszcze nie wszystko! Ha! W drodze powrotnej bowiem czekało na mnie nowe wyzwanie: zejść po kamiennych schodach... Schodach ośnieżonych i wyślizganych, bo jakże. Nie chcę się chwalić, ale tak się trzymałam drabinki, że mało jej nie wyrwałam z ziemi! Tak śmigałam, że przypominałam chodzącego po ścianach Spidermana! Nie ma co, dałam radę. Batman też by się nie powstydził moich wyczynów na schodach z których i tak się w końcu parę razy ześlizgnęłam...Ale walczyłam dzielnie! Do domu wróciłam zmachana i zmęczona całym tuptaniem i wspinaniem się na poręczach. Jedynym plusem całej tej wyprawy było to, że wreszcie, pierwszy raz od dłuższego czasu...porządnie sobie głośno po polsku poprzeklinałam na te żaby!