środa, 21 grudnia 2011

Co trzeba zrobić żeby dobrze mówić po francusku? Po pierwsze, trzeba przyjąć postawę elokwentnego Francuza, którą przyjmuje tu niemal każda Żaba. Bez przerwy należy wtrącać do rozmowy wstawki, przerywniki  potwierdzające naszą prawdomówność, takie jak: szczerze mówiąc, będąc szczerą, bez wygłupów, poważnie mówiąc, faktycznie, w rzeczywistości etc... . Oni powytwarzają to niemal bez przerwy! Jakby niemożliwe było sklecenie jednego zdania bez nieustannego zapewniania swojego interlokutora: "w tym momencie nie kłamię". Aby umiejętnie mówić językiem żabojadów nie należy również zapominać o tym, jak bardzo wierzymy w to co mówimy. Należy zatem niepostrzeżenie dodawać na koniec zdania: tak myślę, wierzę, tak mi się wydaje, mam nadzieję. Osobiście też zaczynam "wierzyć" w to co mówię i nie waham się tego okazywać. Kolejna wskazówką dla amatorów francuskiego będzie to, że trzeba dodawać dużo przysłówków. Francuz co 30 sekund wypuszcza ze swojej buźki ciągnące się kilometrami długie przysłówki takie jak: vachement, énormément, généralement, habituellement co można by przetłumaczyć jako: niesamowicie, strasznie (ogromnie), generalnie, zazwyczaj. Generalnie te trzy sztuczki sprawiają, że niemal każdy dyskurs wydaje się być niebanalny i elokwentny a nasz rozmówca pewny swego. Ach i nie zapominajcie co jakiś czas mruknąć czy stęknąć: baaahhh ché pas...  (baahhh nie wiem...). Moje ulubione to : O la la... To ostatnie uważam za niesamowicie zabawne, szczególnie że w polskim dyskursie  brzmi to dość idiotycznie, co oczywiście nie przeszkadza mi artykułować słynnego O la laaa...  ze sporą częstotliwością.
Poza tym ostatnio zauważyłam, że np po polsku używamy często słowa "zepsute", czego tutaj się w ogóle prawie nie stosuje. My mamy zepsuty telefon, zepsute jedzenie, natomiast Francuzi wszystko uśmiercają. Jak telefon nie działa, mówi się, że jest mort (martwy), podobnie jest z jedzeniem i sprzętami domowymi. Nawet jak człowiek jest po prostu zmęczony od razu przenosi się do Hadesu i jest mort. Nie wydaje mi się to niesamowita zagadką językową, ale w każdym razie mnie to zaintrygowało, bo jak wiadomo z niczego się to nie wzięło.
Dzisiaj zmusiłam się i po pracy poszłam kupić w markecie kartki świąteczne co by się nie zadłużyć, ale i też dlatego, że na poczcie ich nie znalazłam.... Dziwne? Notabene tutaj poczta jest pocztą, a nie jak w Polsce instytucją wielobranżową, która sprzedaje zabawki, kąpielówki, smoczki, tampony i opony zimowe.... Jak jednak widać specjalizacja doprowadziła pocztę francuską do stadium, w którym już nawet kartki świątecznej nie przydybasz. a może ja po prostu nie mam szczęścia do dobrych poczt... Chyba jest to prawdą, bo już dwa razy jak kupowałam znaczki do Polski zapytano mnie czy Polska jest w Unii Europejskiej... Pozostawię to bez komentarza..
Jeśli chodzi o inne dziwne przypadki to obecnie jestem też w trakcie szukania fotografa. Jeszcze żadnego nie zlokalizowałam, ale co jakiś czas obijam się o maszynę do drukowania zdjęć (obok maszyny do robienia zdjęć), modląc się żeby nie był to jednak substytut PRAWDZIWEGO fotografa, który wywołuje zdjęcia dłużej niż 10 sekund... . Zobaczymy, ale po doświadczeniach z pocztą nie jestem takiej dobrej myśli...

wtorek, 13 grudnia 2011

miasto w wielkiej bańce

         Paryż to takie piękne miasto otoczone zewsząd wielką bańką mydlaną. Ludzie ze wszystkich krajów podziwiają tę napakowaną zabytkami stolicę Francji. Obserwują ją z zewnątrz i wszyscy są zgodni-jest piękna. Niemal niepowtarzalna. Rozpisują się nad atmosferą panującą w mieście Hugo, Rousseau i Picasso. 
          Potem pora na turystów. Turysta to taki byt, który najpierw podziwia Paryż w bańce, ale który lekko nagina strukturę bańki żeby móc przejść się uliczkami Paryża, brzegiem Sekwany. Nagina ją do granic możliwości, ale nie przebija. Nie staje się częścią miasta. Potem wraca do siebie i dalej napawa się urodą miasta przeglądając zrobione tam zdjęcia, ale nie wie, że faktycznie nie przekroczył nawet progów miasta. 
        Na ostatnim miejscu są nowo przybyli mieszkańcy. Oni, jak każdy, zaczynają od podziwu, obchodzą Paryż wokół nie przebijając bańki. Nawet jak zaczynają tu mieszkać nie udaje im się przebić bańki, ponieważ bańka jest bardzo giętka, a Paryż egoistyczny i wybredny. Nie chce każdego wpuścić w swoje progi. Jednak pewnego dnia ci nowi mieszkańcy budzą się i już wiedzą. Są w Paryżu. Bańka pękła. Ale nie! Ona nie pękła i nigdy nie pęknie. Po prostu pozwoliła im przekroczyć progi miasta i granicę pięknie mieniącej się kolistej struktury bańki. Pierwsze uczucie-radość. Tak jestem w środku! To ja, nowy paryżanin. Jednak radość nie trwa długo. Po jakimś czasie okazuje się, że bańka nie przepuszcza wystarczającej ilości powietrza i paryżanin zaczyna się dusić. Nie jest to tylko złudzenie. On faktycznie się dusi. Brakuje mu tchu, bo biega, bo zewsząd otaczają go inni paryżanie, bo na nic nie ma czasu...
Najdziwniejsze jest to, że jak już raz się stanie częścią miasta, mieszkańcem, to bardzo trudno jest z niego uciec. Paryż niechętnie oddaje swoje dzieci. Bańka zdaje się być wzmocniona od wewnątrz. Nawet jeśli wypuści kogoś na "przepustkę" siła oddziaływania miasta jest tak potężna, że mieszkańcy nie wyobrażają sobie życia poza stolicą. Nienawidzą jej, ale jednocześnie są z nią tak związani, że tylko nielicznym udaje się zostawić widoki wieży Eiffla, Louvru czy Łuku Triumfalnego na rzecz spokojnego, dostatniego życia w mniejszym mieście.  Dlaczego? Być może ilość adrenaliny jaką dostarcza Paris jest na tyle spora, że uzależniająca. Być może to tempo ma jednak w sobie coś przyciągającego. Poza tym jak już udaje ci się tyle przebrnąć, czy zaniechasz tego dla małej lichej mieściny? Być może, po prostu, jak już raz staniesz się Paryżaninem, jak raz tego posmakujesz, nie wyobrażasz sobie, że kiedykolwiek możesz stać się "mieszkańcem prowincji"...takim przeciętnym szarym człowiekiem. Normalnym...

środa, 7 grudnia 2011

Miasto głuchych i niewidomych

Już od jakiegoś czasu obserwuję ludzi w tym mieście i mam takie wrażenie, że strasznie trudno nawiązać tu jakikolwiek znajomości. Oczywiście jest mnóstwo ludzi, którzy zaczepiają przechodniów, ale są to raczej znudzeni blokersi. Mówię tu raczej o większości ludzi którzy gonieni tempem miasta ograniczają swój dzień do 3 czynności: praca-dom-dodo (lulu, spanie). Kiedy wraca się z pracy metrem 50 % osób albo rozmawia przez telefon, albo pisze sms albo po prostu bawi się telefonem nie zwracając zupełnie uwagi na pozostałych pasażerów. Jest to coś niesamowitego! Jakby przez cały dzień nie mieli czasu porozmawiać ze znajomymi, więc wykorzystują te 20-30-50 min spędzone w miejskich środkach transportu.  Kolejne 20 % czyta książkę.  Następnie 20 % słucha muzyki, a ostatnie 10 % stoi z zamkniętymi oczami czekając na koniec trasy robiąc przy tym minę pt: Nie podchodź do mnie bo jestem znużony całym dniem pracy! Nikt ze sobą w metrze nie rozmawia. Panuje tam cisza, czasem przerwana krótką pogawędką znajomych, którzy weszli do metra razem. Nikt się nawet nie waży zagadać do osoby siedzącej obok. Jest to dość dziwne zważając na instynkt społeczny Francuzów, którzy w ciągu dnia są o wiele bardziej kontaktowi i niejednokrotnie zdarza mi się porozmawiać, a nawet pożartować z osoba zupełnie obcą. Wieczorem i wczesnym rankiem przechodzą na mode fermé (opcja zamknięta). Muszę się przyznać, że ja również korzystam z przywileju mode fermé  i nie pozwalam nikomu ze mną porozmawiać, a nawet jeśli się odważy zacząć jakąkolwiek konwersację ucinam ją jak najszybciej bo już myślami jestem u siebie w domku. Ostatnio rozmawiałam na ten temat z pewnym Francuzem i jego zdaniem np. ciągłe noszenie słuchawek na uszach znacznie ogranicza naszą zdolność do komunikacji i do poznawania ciekawych ludzi. On ograniczył problem do trudności ze znalezieniem partnera, ale dotyczy to też pewnie "szukania przyjaciół". Wydaje mi się, że nie dotyczy to tylko Paryża ale większości dużych miast, gdzie ludzie wracają z pracy późno i są zmęczeni całym dniem "kontaktowania się". To tak jakby mieli dość widzenia i rozmawiania z ludźmi, którzy w tych miastach otaczają ich zewsząd. Czasem duszę się obecnością ludzi i nienawidzę każdego napotkanego w metrze paryżanina tylko za to, że tam jest i mnie irytuje swoja obecnością. Potrzebuję ciszy i spokoju. Znajduję go w domu lub w kręgu przyjaciół spotkanych po godzinach pracy. Ładuje baterię i po godzinie 9 rano jestem znowu sympatyczna gadatliwą paryżanką... .

piątek, 2 grudnia 2011

Złośliwce

Trzeba przyznać, że Francuzi mają bardzo uszczypliwe poczucie humoru. Poczułam to szczególnie w pracy, gdzie przebywam z Francuzami cały dzień. Już od pierwszego dnia zaczęli mi "dokuczać". Tylko że to francuskie dokuczanie nie jest zawsze takie urocze i zabawne, bo oni potrafią być bardzo okrutni. Czasem trudno jest przełknąć półgodzinne kpiny ze swojego akcentu czy popełnionego lapsusa językowego-jeżeli jeszcze wszyscy wiemy jak Francuzi dukają w językach obcych... .Z drugiej strony zdają sobie chyba sprawę z tego, że ich poczucie humoru jest bardzo złośliwe i często zapewniają mnie że to tylko żarty i oznacza to ni mniej ni więcej tylko to, że mnie bardzo lubią-nawet mój manager mi ciągle powtarza: "Natalia, wiesz, że bardzo Cię wszyscy lubimy", często chwile po tym, jak przed klientem, któremu przez pomyłkę wydałam 5 centów za mało mówi, że "dziewczyny ze wschodu takie są, kradną i oszukują ha ha ha... ". Kiedyś powiedziałam mu, że mimo, że ciągle mówię po francusku, nawet do siebie, to liczyć muszę ciągle po polsku "dwa, cztery, sześć, osiem etc.." On na to : "Ale wiesz czemu tak jest...". Tutaj oczekiwałam, że przytoczy mi jakąś znaną teorię językoznawczą wyjaśniającą ten niuans. Mój manager; "Bo jesteś głupia". Hmm i jak ja mam to niby przyjąć?! hę?! Podobne żarty spotyka się tutaj na co dzień i to nie tylko w kierunku obcokrajowców. Francuzi kpią jedni z drugich i strasznie ich to bawi. Nie należy się zatem przejmować złośliwościami Francuza. Najczęściej oznacza to po prostu, że nas lubią. Chyba naprawdę wzięli sobie do serca prawidło: "Kto się czubi ten się lubi". Po francuski brzmi to chyba tak: Qui s'aime bien, chatouille bien. Muszę przyznać, że już się trochę przyzwyczaiłam i ostatnio dostałam pochwałę- tak pochwałę! to rzadkość!- że umiem już żartować jak Francuzi. Radość! Jak to zrobiłam? Po prostu, obserwuję ludzi, a jak ktoś popełni chociaż mały błąd, od razu mu to wytykam na głos i voilà- umiem żartować po francusku!

niedziela, 6 listopada 2011

Kraj w któym banki nie mają pieniędzy i gdzie nie istnieją koperty...

Szczerze mówiąc jestem bardzo zirytowana systemem bankowym w tym kraju. Z płaceniem za czynsz jestem spóźniona już miesiąc ponieważ, najpierw przez 2 tygodnie mijałam się z właścicielami mieszkania, potem przez kolejne 2 czkałam aż przekażą mi swój RIB (wycinek z banku z pełnym numerem konta etc), czego nie zrobili bo jak każdy paryżanin są zabiegani. Następnie stwierdziłam, że skoro nie czek, nie przelew to może gotówka. Tak! Poszłam do bankomatu i po wyciągnięciu 400 euro zablokowali mi konto... Ok ponoć, to ochrona w razie kradzieży karty. Idę więc do jednego z oddziałów banku i tam pan mi mówi, że co 7 dni mogę wyciągnąć 400 euro, potem mnie blokują, ale że on nie może mi wypłacić nic więcej. Idę więc do MOJEGO oddziału banku i tam pani mi oświadcza, że oni w banku nie maja pieniędzy... Jak to nie mają pieniędzy!!!? To przecież bank! Oczywiście wiem, że na "Zachodzie"przechodzi się  na system totalnie elektroniczny, ale ja naprawdę potrzebuję tej gotówki i mimo, że mam na koncie sporo więcej nie mogę tych pieniędzy wybrać! Poirytowana kroczę w kierunku poczty, żeby wysłać czek, którym płacę za abonament. Przy okazji chciałam kupić sobie kilka kopert, tak na potem , na wszelki wypadek. Pani za 4 koperty woła ode mnie ponad 14 euro... Zaczynam jej tłumaczyć, że mi generalnie nie chodzi o te koperty z już wydrukowanymi na nich znaczkami, ale takie normalne, bez niczego. Pani patrzy na mnie jak na kosmitę i mówi mi: "TAKICH nie mamy... ". Uśmiecha się. Opuszczam głowę i wychodzę pokonana nowoczesnością Francji. W drodze do domu kupiłam sobie croissanta, tak na pocieszenie.

środa, 2 listopada 2011

Francja wygania obcokrajowców

Z problemem emigrantów Francja stara się uporać już bardzo długo. Juz od pierwszego Algierczyka, który postawił swoja stopę na nieskalanej francuskiej ziemi, Francja "miała problem". Zresztą sama poświęcam temu tematowi moją pracę magisterską, więc może kiedyś bardziej rozpisze się o samej historii imigracji, ale nie dzisiaj. 
Fakt, imigrantów jest tutaj dużo. Szczególnie emigrantów z Maghrebu i to właśnie w nich wycelowana jest nowa ustawa z 31 maja, która zaostrza rygory przyznawania titre de sejour (tytuł/karta pobytu) tak, aby otrzymanie tego tytułu było niemal niemożliwe. (Sprawa głośna jest teraz a nie w maju ponieważ to właśnie teraz większość tytułów pobytu straciła ważność i "powinny" być przedłużone...) Francja postanowiła przegonić tabuny Marokańczyków (ponoć oni są celem numer 1 pana C. Geant...), których nota bene sama zaprosiła do studiowania tutaj... Powodem nowej taktyki jest ponoć duże bezrobocie Francuzów, których miejsce zajmują przybysze z Maghrebu, więc postanowiono ograniczyć liczbę obcokrajowców posiadających francuskie dyplomy. Oczywiście Francja może pozwolić sobie na utrzymywanie wszystkich obcokrajowców, ale czy ktoś potrafi mi powiedzieć dlaczego zamiast zacząć od bezrobotnych, Sans-papiers i siedzących na socjalu krętaczy zabiera się za legalnie studiujących młodych utalentowanych ludzi? Po drugie, po co zapraszać ich tutaj do kształcenia się jeżeli nie mogą potem zostać i pracować w kraju, w którym studiowali?! Wielu moich znajomych jest załamanych obecną polityką Francji i jeżeli nic się nie zmieni czeka ich przymusowy (po odmowie ma się 30 dni na opuszczenie kraju) powrót w rodzinne strony, mimo,że zainwestowali sporo w Francję... Przykładem utrudnień jest już niesamowite przedłużanie i odkładanie spotkań w prefekturze-tu prowodyrem jest paryska... a ostatecznie nieprzyznawanie titre de sejour.
Na Facebooku ruszyła nawet akcja-petycja pt "Pour le retrait Circulaire du 31 mai", która zgromadziła już 12285 podpisów. Czyżby we Francji szykował się kolejny greve (strajk)...?
Generalnie takie nieumiejętne bronienie się przed falą imigrantów strasznie mnie irytuje. Chyba nikt, poza samą Francją, jeszcze nie zapomniał, że to sprowadzani przez nią imigranci uratowali jej gospodarkę i, że to ona walczyła o każdy traktat międzypaństwowy, żeby sprowadzić jak najwięcej emigrantów. Kiedy nie mogła już sprowadzić Polaków, zwróciła się do Grecji i Portugalii. Traktaty podpisano, jednak wybuchła II wojna światowa. Francji zostało więc czerpanie z ogromnych zasobów swoich kolonii i tak też zrobiła. Oczywiście  nie będę się mądrować, że politycy mogli przewidzieć TAKA falę imigrantów, nie! Jednak jak już pozbywać się "niechcianych imigrantów" to niech to będą faktycznie niechciane darmozjady, niewykształcona nielegalnie przebywająca na terenie kraju szara strefa! Jednak o wiele łatwiej podpisać kilka papierków i wygonić legalnie przebywających obcokrajowców, z tym się zgadzam. Po pierwsze wiadomo gdzie są, kim są i nie będą stawiać oporów. Czysta polityka! Jedynym "problemem" jaki widzę na pierwszy rzut oka, jest to, że francuskim politykom brakuje jaj- co jakoś w tej nacji szczegolnie mnie nie dziwi. Penisy mają, ale jaj im bozia pożałowała...


środa, 26 października 2011

Tutaj pracuje się wolniej...

Jedną z pierwszych rzeczy jakiej nauczyłam się we Francji jest to, że nie można tu pracować...zbyt szybko. Moje pierwsze dni w pracy, były katorgą. Do domu wracałam zmasakrowana i zmęczona jakbym w ciągu dnia stoczyła bitwę na froncie wojennym. Na szczęście szybko zorientowałam się, że powodem mojej męczarni było to, że wszystkie czynności wykonywałam zbyt szybko i w ten sposób dawano mi nowe, dodatkowe zadania, a często wyręczałam nawet innych pracowników, którzy JESZCZE nie zdążyli skończyć swojej roboty. W konsekwencji miałam o wiele więcej zadań niż moi koledzy, którzy mieli spokojne, normalne tempo pracy. Zresztą, należy wspomnieć, że na początku nie wychodzili z podziwu jak ja mogłam to czy tamto tak szybko skończyć, a ja po prostu brałam się za robotę a nie za pogaduchy! Ja z kolei nie wiedziałam, dlaczego na wykonanie tego czy innego zadania dane mi jest tyle czasu... Przecież równie dobrze mogłam w tym samym czasie zrobić to co mam do zrobienia i jeszcze zdążyłabym wypić kawę i pójść na spacer... Jednak po jakiś 2 tygodniach wreszcie odkryłam, że Francuz i Polak mają zupełnie inne poczucie czasu i tempo pracy. Pracować należy spokojnie i dokładnie, a nie tak by zasapać się na śmierć. O nie! Trzeba się szanować!
Kolejny przykład. Pracuję teraz w Ministerstwie Kultury i wszyscy skarżą się, że maja niesamowitą ilość pracy, ale jednocześnie ten wielki bagaż zadań nie przeszkadza im w robieniu sobie 1,5-2 godzinnej przerwy na spacer po dzielnicy. Notabene, wszyscy pracownicy ministerstwa garną sie do tego by mnie oprowadzić po okolicy czy jak np dzisiaj zaprowadzic do Louvru... Na to czas jest zawsze! Początkowo czułam się naprawdę zażenowana faktem, że w godzinach pracy wychodzę na kawę czy zwiedzanie, ale do luksusów człowiek się łatwo przyzwyczaja, więc nie mogę powiedzieć, że teraz to próżnowanie przychodzi mi z bólem...powiem nawet więcej, bardzo mi to odpowiada, bo dzięki tym promenades odwiedziłam już ogrody Palais Royal,  dowiedziałam się że niedaleko mieszkała znana pisarka Colette, a także dokładnie opisano mi dzieje budynku ministerstwa oraz jak już wspomniałam, dane mi było odwiedzić-za darmo- czasową kolekcję w Louvre traktującą o władcach Chin i Francji. Jeszcze tylko dodam na marginesie, że wydaje mi się, że to oprowadzanie mnie tu i tam, wynika z jakiejś potrzeby Francuzów pochwalenia się ich dobytkiem kulturowym, bo robią to bardzo chętnie i z nieukrywaną duma prezentują mi każdą budowlę...
Co ciekawe wydawało mi się, że już nauczyłam się jak pracować, ale ostatnio paf, znowu usłyszałam: "Już skończyłaś?! Jeny, jak ty to zrobiłaś. Przecież zaczęłaś dopiero godziną temu!". Konkluzja: polskie zapędy sprawnej pracy mam chyba dość mocno zakorzenione skoro po 3 miesiącach "doświadczenia" dalej pracuję "za szybko".

czwartek, 20 października 2011

Włosi zwiedzają Paryż

         W ostatnich dniach odwiedził mnie tutaj znajomy z Włoch. Przyleciał do Paryża z całą rodziną. Rodzinka wspaniała, mimo, że nie rozumiem za wiele po włosku ubaw miałam naprawdę niezły. Zostali 3 dni. Pierwszego dnia pojechali do Disneylandu. Tego samego dnia zwrócili też uwagę na wielka metalową konstrukcję tuż przy ich hotelu- wieżę Eiffla Drugiego dnia zwiedzili muzeum Louvre. Trzeba jednak wspomnieć, że muzeum jest zamknięte we wtorki, więc to co zwiedzili to była raczej galeria handlowa znajdująca się pod samym muzeum... Wracaliśmy tam 3 razy i jest to jedyny monument przez nich odwiedzony!!! Powodem niejechania na Montmartre była plucha i odległość jaką trzeba by pokonać metrem...Zostaliśmy więc w galerii i zwiedzaliśmy... sklepy. Chciałam ich zabrać na Pont Neuf, na Montparnasse, ale zaatakował ich głód i poszliśmy do włoskiej restauracji niedaleko Saint Michel... Następnie ruszyliśmy na Champs-Elysees. Umówiłam się z nimi pod łukiem Triumfalnym, ale tam nie dotarli, bo po drodze wstąpili do kolejnej galerii handlowej ! Następnego dnia wyjechali... Ciekawa jestem czy oni faktycznie przyjechali zwiedzać Paryż, czy bardziej być w Paryżu. a to dwie zupełnie różne sprawy...

                Ciekawym punktem tej wycieczki była rozmowa z recepcjonistą ich hotelu. Był to przemiły pan, pochodzenia marokańskiego. Wcześniej był dziennikarzem, dzięki czemu znał wiele ciekawych historii celebrytów paryskich. Po pierwsze dowiedziałam się, że jak ktoś już ma hotel w Paryżu-jest jego właścicielem-jest to czysty zysk. Płaci się tylko za wodę, elektryczność i ogrzewanie. Klientów jest zawsze dużo-zważając na liczbę turystów-więc cała pozostała gotówka idzie do kieszeni właściciela. Właścicielka tego hotelu to skromna dziewczyna, która odziedziczyła go po ojcu. Co ciekawe, nie jest tak, że każdy hotel w Paryżu należy do kogoś innego. W większości wypadków jedna osoba jest właścicielem kilku hoteli, co czyni z niej miliardera. 
Recepcjonista wspomniał również o czymś takim jak hotel privé (hotel prywatny). Tym rarytasem mogą pochwalić się tylko nieliczni-ministrowie, gwiazdy, wysoko postawieni politycy czy biznesmeni. Otóż hotel privé  jest to po prostu cała kamienica, która jest własnością jednej osoby. Osoba ta mieszka tam sama i przyjmuje tam gości i znajomych. Jedna z takich osób posiadających hotel privé  jest Carla Bruni, która jak się dowiedziałam,  jest o wile bogatsza od Sarkozy'ego i to on każdej nocy przychodzi do jej hotel privé i tam nocuje! Prezydent Republiki Francuskiej nocuje U swojej żony! Można zatem stwierdzić, że trud francuskich sufrażystek nie poszedł na marne. Są zatem we Francji kobiety, które odnoszą sukcesy i które mogą dać pstryczka w nos nawet...prezydentowi Republiki Francuskiej!

środa, 12 października 2011

Przyjemności

Francja to kraj rozrywki i relaksu. Francuzi uwielbiają "dobrze się bawić". Ma to tutaj wiele znaczeń.
Kawiarnie
Żabojady uwielbiają przesiadywać w kawiarniach paląc papierosa bądź cygaro. O każdej porze dnia można zobaczyć tłumy marznące na tarasach wylansowanych kawiarni, którym nie straszny wiatr i plucha. Oczywiście latem kawa na tarasie to czysta przyjemność , ale w październiku? Zawsze intrygowało mnie dlaczego Francuzi wolą męczyć się na zimnym tarasie, kiedy można wypić tę kawę w środku, siedząc w wygodnym fotelu. Całe szczęście, że każda szanująca się kawiarnia inwestuje w  kilka lamp, które dostarczają przyjemne ciepło chroniące ich przed przeziębieniem.  
Wydaje mi się, że chodzi tutaj przede wszystkim o to, że Francuzi kochają przesiadywać na tych tarasach. Każdy z nich chce choć na chwilę uciec z biura i w czasie przerwy obiadowej wolą "pomęczyć się" unikaniem  kropli deszczu kapiących im do filiżanek aniżeli znowu znaleźć się w zamkniętym pomieszczeniu. Zresztą jak tylko maja taką możliwość "przenoszą swoje biuro" (biorą ze  sobą teczki, papiery, laptopa i telefon służbowy) do jednej z pobliskich kawiarni i tam pracują upajając się jednocześnie faktem, że spędzają milo czas poza biurem.
Konwersacje
Francja to kraj w którym ludzie interesują się wszystkim. Każdy szanujący się Francuz codziennie czyta wiadomości na jednym lub kilku ulubionych portalach. Już nie raz zaskoczyli mnie wiedzą na temat tego co dzieje się w Polsce! Dzisiaj jedna z Pań z którą współpracuję niemal zmiotła mnie z powierzchni ziemi przytaczając program partii Palikota! O polityce rozmawia się dużo, ale też i wiedza na ten temat jest spora. Społeczeństwo znad Sekwany może pochwalić się naprawdę wysoką kultura polityczną, czego nie można niestety powiedzieć o społeczeństwie Polskim... Jeżeli w czasie rozmowy z Francuzem ktoś ośmieli się powiedzieć, że nie czyta informacji o świecie, niech nie będzie zaskoczony szokiem i niedowierzaniem wyrysowanym na twarzy żabojada.
Oczywiście rozmawiają nie tylko o polityce. Mnóstwo konwersacji toczy się na temat tego co się dzieje u znajomych, wokół kuchni (często!), a niejednokrotnie wymieniają opinie na tematy kulturalne czy historyczne. 
Konwersacja to clou życia Francuzów i jedna z ich największych przyjemności. Nawet sam język francuski zaopatrzył ich w mnóstwo nic nie znaczących słów czy zwrotów mających rozpocząć, przedłużyć rozmowę czy po prostu zagaić do osoby stojącej na drugim końcu korytarza. Jednym z takich zwrotów jest ca va? (jak się masz, wszystko w porządku). Ta fraza jest najczęściej wypowiadaną przez Francuzów. Nie jest ważne czy mijają kogoś w korytarzu, w windzie czy zaczynają zaplanowane spotkanie. Trzeba zapytać czy wszystko w porządku! Tak na marginesie, czasami bywa to denerwujące, bo nawet osoby z którym pracuję, w ciągu ośmiogodzinnego dnia potrafią zadać to pytanie kilkukrotnie... tak jakby w moim życiu miały zajść niesamowite zmiany w czasie 45 minut w przeciągu których zjechałam windą do restauracji i zjadłam obiad. Z drugiej strony uważam za niesamowite jak to społeczeństwo dba o interakcje międzyludzkie. W ten sposób ma się poczucie, że zna się niesamowicie dużą ilość ludzi. Nawet jeśli jedyną informacją jaką się z nimi wymienia jest to czy ca va  czujemy się lepiej, jesteśmy częścią społeczności firmy, uczelni czy kamienicy.
Związki
Na ten temat rozpiszę się jeszcze nie raz, ale kilka słów by nakreślić jakiś szkic. Związki we Francji to rzecz niesamowicie skomplikowana, która ma wiele twarzy. To że flirt jest wszechobecny nikogo nie dziwi, bo tak jest wszędzie. Jednak dla mnie Francja posiada w tym temacie pewną specyficzność. Francuzi lubią się bawić i czerpać tyle przyjemości z życia ile się tylko da, dlatego też tutaj wszystko przychodzi łatwiej i szybciej. Seks jest tu środkiem na wiele uciążliwych dolegliwości takich jak nuda, zmęczenie, stres czy po prostu brak fun'u. Aby nie komplikować sobie życia wymyślono tu niesamowicie dziwny (przynajmniej dla mnie) system klasyfikacji związków. Mamy więc: związek normalny, na poważnie (najrzadszy przypadek). Następnie kilka typów związków pas sérieux (nie na poważnie). Możemy dostać propozycję związku pas sérieux ukrytego -rżniemy się na wszystkie sposoby ale nikt nas nie widzi i nikt o tym nie wie, jednocześnie jak zdarzy się nam przespać z kimś innym świat się nie zawali. Następnie związek pas sérieux z zastrzeżeniem wyłączności ale dalej ukryty- jesteśmy razem, ale nie wiemy jak to będzie więc nie róbmy z tego wielkiej sprawy. Kolejny to związek pas sérieux publiczny- jesteśmy ze sobą, wychodzimy razem, chodzimy za rączkę ale nie przejmujemy się takimi pierdołami jak fakt, że nasza dziewczyna ma 3 innych facetów. I ostatni to związek pas sérieux publiczny zastrzeżony-czyli jesteśmy razem, wszyscy o tym wiedzą, ale żadne z nas nie deklaruje miłości do końca życia. Związki pas sérieuxi można zakwalifikować jako te a la fucking friends. Do tego wszystkiego dochodzą oczywiście one nignt stand. Nie mówię, że istnieje to tylko tutaj! O nie! Jednak ta klasyfikacja jest o tyle ważna, że jak ktoś chce zliczyć dziewczynę która jest już w jakimś związku od razu zapyta ją czy jest w relacji sérieuse czy non sérieuse, co by wiedzieć czy będzie łatwo ją przekonać do seksu czy nie-bo odpowiedź "jestem w stałym związku" nie jest tutaj ścianą nie do przejścia ani dla jednej ani dla drugiej strony...
Co ciekawe ostatnio rozmawiałam z kolegami z pracy o trójkątach i prawie każdy z nich albo spróbował-2 wariacji (2 facetów plus 1 kobieta i 2 kobiety plus jeden facet) albo się nad tym zastanawia, albo miał już kilka propozycji. Może jestem staroświecka, ale w Polsce mi tego nigdy nie zaproponowano, a tutaj już ze 2 razy. Najlepszym jednak punktem tej konwersacji był temat dziewic. Moi chłopcy stwierdzili, że nie cierpią spać z dziewicami, bo to jest zawsze problem, pełno krwi etc... Z całej ich rozmowy wywnioskowałam tyle, ze niejedna dziewica poplamiła im już prześcieradła...Good for them!
Oczywiście trzeba wziąć pod uwagę fakt, że opisuję tutaj w sposób dość generalny, ponieważ nie można twierdzić, że KAŻDY Francuz jest uzależnionym od kawy i papierosów, dyskutującym przez całe dnie w kawiarniach seksoholikiem, ale żeby przedstawić przybliżony obraz tej społeczności musiałam posłużyć się nielubianym przeze mnie narzędziem zwanym-generalizacja. Pod koniec tej lektury nie można mieć wątpliwości co do jednej rzeczy-Francuzi uwielbiają zabawę i przyjemności i muszę przyznać, że póki co,  wychodzi im to na dobre!

piątek, 7 października 2011

Dziękujemy za Państwa zrozumienie...

Pierwszy wpis. Nawet nie wiem od czego zacząć. Od 3 miesięcy mieszkam,pracuję i robię staż w Paryżu. Miasto moich marzeń. Ponoć mówi się o nim la ville de la lumière- miasto światła. Generalnie nie wiem jak ustosunkować się do tej pięknej metafory. Jakiegoś szczególnego porażenia słonecznego tutaj nie doznałam, a i raczej sami Paryżanie częściej mówią o szarym niebie, aniżeli o słonecznym blasku. Pewnie dlatego, że sporą część swojej egzystencji spędzają w mrocznym i niestety niepachnącym lawendą metrze, albo we własnym samochodzie stojąc w gigantycznych wieczornych korkach. Może kiedyś odkryję źródło tej zagadki, ale póki co zostaje to dla mnie tajemnicą. 
Co do Paryża. Clark napisał książkę- Mede, rok w Paryżu. Przeczytałam ją z przyjemnością, jak tylko tutaj przyjechałam. Książka jest pełna humoru i faktycznie czyta się ją łatwo i przyjemnie. Autor rzucony w wir paryskiego życia opisuje sytuacje, które albo go dziwiły, albo szokowały, albo po prostu śmieszyły. Sporo z tego jest prawdą, jednak tytułowe merde (gówno) nie leży na każdym rogu ulicy, o czym autor usilnie próbował mnie przekonać.
Jeśli chodzi o obszyte legendą metro, to działa ono naprawdę sprawnie i nie wyobrażam sobie tak ogromnego miasta bez tego typu środka transportu. Oczywiście co jakiś czas zdarzają się utrudnienia w ruchu tej ogromnej sieci pociągów, szczególnie w RER (sieć szybkich podmiejskich pociągów) z których ja jestem zmuszona korzystać. Co ciekawe, kiedy takie utrudnienia występują Francuzi na koniec komunikatu opisującego przyczyny opóźnień dodają zawsze frazę : Merci de votre compréhension ("Dziękujemy za Państwa zrozumienie"). Po pierwsze kto im powiedział, że ja wykazuję w stosunku do ich nieudolności jakiekolwiek zrozumienie?! W Polsce kulturalnie nas za to przepraszają! Przecież w razie opóźnień czy wypadków, każdy z nas słyszy : "Za utrudnienia przepraszamy". Tutaj nie! Francuzi wychodzą z założenia, że wszystkie osoby, które po całym dniu pracy chcą wrócić do domu,  wykażą się zrozumieniem. Na dodatek tak piszą wszędzie- kiedy zamykają drogę, w razie wypadku etc... Czyżby byli optymistami? Może po prostu Francuzi to taki spokojny naród, który godzinę spędzoną na oczekiwaniu na kolejny pociąg, albo 3 godziny spędzone w korku z powodu robot na drogach nie uznają za czas stracony, który mogliby poświęcić na zrobienie 10 innych rzeczy i uczczą to mimo wszystko chwilą zrozumienia?! W każdym razie ja tego zrozumienia ani nie okazuję ani nie wykazuję i zawsze manifestuję moje niezadowolenie soczystym: MERDE!