piątek, 21 grudnia 2012

kilka nowych i starych obserwacji

Tak ostatnio analizowałam całą tą Francję i jak zwykle doszłam do kilku nowych wniosków. Oczywiście padną słowa krytyki-bo przecież nie byłabym sobą- ale też sporo zalet którymi mogą się Żaby pochwalić ;) 
Po pierwsze i Francuzi i Francuzki bardzo dobrze i stylowo potrafią się ubrać
Zauważyłam, że po jakimś czasie mieszkania na francuskiej ziemi potrafię bezbłędnie, tylko na podstawie ubioru powiedzieć kto jest Polakiem a kto Francuzem (czasem jeszcze mylę ich z Włochami, którzy też w kwestii gustu mają się całkiem dobrze). Francuzi bardzo dbają o swój wizerunek i w przeciwieństwie do Polaków potrafią na markowe ciuchy wydać dużo. Nie ma co też przyjmować mylnie, że dobrze ubrany czy wystylizowany Francuz jest bogaczem, bo nawet moi znajomi pracujący w kawiarniach noszą markowe ciuchy i to noszą je naprawdę z klasą (bo nie wiem jak Wy ale dla mnie sam fakt założenia markowego ciucha nie czyni człowieka guru mody czy tam innym Lagerfeldem). Oni po prostu przyjmują do tego spora wagę i... są też bardziej skłonni wydać ciężko zarobione pieniądze na ubrania nawet takich marek jak Armani, Klein etc... Faktem jest też, że dla kogoś kto zarabia w Euro ceny tych firm wydaja się mniej wygórowane, jednak zawsze dość wysokie. Mam nawet kolegę, który ostatnio kupił sobie bransoletkę od Hermesa za bagatela 300 euro... bo miał ochotę i bo mu się podobała, a to że zarabia SMIC  (najniższa krajowa) to już zupełnie inna bajka... Faceci ubierają się tutaj nieziemsko fajnie i szczerze mówiąc biją przeciętnych Polaków. Co do kobiet, to Francuzki mają taki charakterystyczny styl. nie wiem czy dobrze go opiszę, ale potrafią ubrać prostą luźna koszulę z satyny czy jedwabiu do jeansów a do tego tylko czerwona szminka i wyglądają świetnie! W Polsce, moim zdaniem, dziewczyny ubierają się całkiem fajnie, ale jak już ktoś chce fajnie wygadać to to widać (widać cały wysiłek w doborze dodatków, tkanin etc), a we Francji taki typowy look jest bardzo mylący i ma się wrażenie, że dziewczyna wyszła z domu bez specjalnego zwracania uwagi co tam wrzuciła na siebie ale wciąż wygada świetnie i sexy. Jedyne co mi się nie zawsze podoba to to, że Francuzki zazwyczaj się nie czeszą tzn często maja na głowie artystyczny nieład i rzadko bawią się w robienie fryzur- nie jest to wada ale bardziej taka uwaga ze strony mojej skromnej osoby...

Po drugie Francuzki noszą przepiękną bieliznę i naprawdę zwracają na to uwagę!
Nie będę wchodziła w szczegóły i podawała imion i nazwisk, bo żadna Francuzka więcej by się ze mną w szatni nie przebierała, ale muszę przyznać, ze nie widziałam Francuzki w bieliźnie brzydkiej, niefalbankowej, niekoronkowej baa no antysexy. To zachęcenie dla panów: pod tymi luźnymi koszulami jest na co popatrzeć! Staram się nie rozpisywać o bieliźnie, bo jako maniaczka tej części kobiecej garderoby mogłabym tutaj napisać sagę! Zresztą to Francuzi wiodą prym na światowych rynkach bieliźnianych więc nie ma się co dziwić!

Po trzecie jeszcze jednak spora liczba Francuzów pasuje do znanego wszystkim stereotypu brudasów
Nie mówię, że wszyscy i nie oceniam. miałam po prostu dzisiaj rozmowę z koleżanką z pracy, która zajmuje się robieniem makijażu bogatym babkom i niestety nawet one bezpardonowo czasem tłumaczą jakiś zaschnięty tusz do rzęs czy nieświeże włosy lenistwem i brakiem chęci wzięcia prysznicu dnia poprzedniego. Ochyda! Sama również, już niejednokrotnie byłam zaskoczona syfem jaki spotykałam w łazienkach dziewczyn czy dziwnym odorem w metrze. Po dzisiejszej rozmowie już mnie nie dziwi to, że "miałam takie wrażenie , że niektórzy ludzie to już od rana capią"...Módlmy się by to się zmieniło bo jak Żaby dalej tak będą robily to ja nie wiem co ze światem się stanie!

Po czwarte palą na potęgę
Tutaj w ogóle sie nie będę wypowiadać na plus czy na minus bo to nie moja sprawa, ale faktem jest, że tak jak ogólnie na świecie ponoć moda na papierosy przeminęła (jak np w Poslce) to tutaj ma się dobrze... aż nawet za dobrze, bo większość moich znajomych pali, kobiety również i to nawet nie cienkie papierosy tylko takie normalne grube.

Po piąte Francuzi -ci co się myją- pięknie pachną perfumami
W Polsce mam wielu znajomych, którzy perfumy uważają za coś okazjonalnego albo w ogóle się ich wystrzegają bo albo-uważają to za za drogie dobro, albo za "gejowskie" (cytuję) dobro... Francuzi uważają- na szczęście-za dobro powszednie i co rusz przy tradycyjnym przywitaniu czuć i od tych młodych i tych starszych mężów piękne perfumy. Bravo! To lubię i chyba większość kobiet również!

Po szóste-Francuzi często wolą w czasie przerwy obiadowej iść i kupić jedzenie w piekarni czy innego dostawcy albo zjeść w restauracji aniżeli zrobić sobie kanapki do pracy.
Na początku nie rozumiałam, dlaczego wszyscy uważali za strasznie urocze fakt, że robiłam sobie kanapki do pracy. Bo po co?! Można przecież kupić! A ja z kolei odpowiadałam ale przecież nie zaszkodzi przygotować sobie coś w domu a i taniej! Francuzi jak już coś przygotowują, to raczej kobiety i to bardziej przypomina dania, które podgrzewa się na miejscu pracy, ale na pewno NIE KANAPKI. Pozostała część idzie szybko kupić zestaw (danie, napój i deser) w pobliskiej boulangerie i wraca do pracy by jeść z współpracownikami. Pewnie wynika to z kultury, z faktu, ze mają dłuższe niż my w Polsce przerwy (ja mam np godzinę) oraz, że mają tickets resto (rodzaj bonów dawanych przez pracodawcę, który ma obowiązek dostarczyć pracownikowi albo posiłek albo mu za niego zapłacić-przynajmniej jakąś część). Tickets resto mają wartość około 8-9 euro i można nimi płacić właśnie w restauracjach albo..nawet w sklepach spożywczych. Szczerze mówiąc spodobał mi się ten system i już z kanapka mnie w pracy nie przyłapiecie ;)

Na dziś tyle, muszę znowu pomyśleć, podumać i pewnie niedługo coś skrobnę coby nie dać Żabom spokoju....

wtorek, 27 listopada 2012

Reprise

Ostanio zdałam sobie sprawę z jednej dość charakterystycznej dla Francji i Francuzów naleciałości, a mianowicie ich miłością do reprise. Reprise można by przetłumaczyć jako ponowne wzięcie się za coś, nowy początek i oni czczą to tutaj jak jakąś nową religię. O reprise mówi się po każdym weekendzie czy nawet jednym dniu wolnym i jest to ciągle powtarzający się tutaj temat. Bo po weekendzie, każdy szanujący się Francuz będzie marudził (marudzenie-kolejna ich cecha narodowa) o tym jak ciężko wrócić ponownie do pracy, i jaka to trudna jest ta reprise. A przecież po prostu wracają do pracy po weekendzie!!!! Oczywiście w Polsce każdy marudzi w poniedziałek, że musi ZNOWU wrócić do pracy, ale wydaje mi się, że tutaj jest to naprawdę aż nagminne! Reprise spotykamy oczywiście po każdych wakacjach, świętach czy imprezie. Jest ona wszechobecna i ZAWSZE trudna i ciężka do przeżycia. Trwa dzień lub dwa  (czasem dłużej) od danych nam przez pracodawcę, czy uczelnię dni wolnych. Nie należy nigdy o niej zapominać i zawsze o nią zagadać! Bo to bardzo ważny temat! Zresztą jest to jedna z wymówek do marudzenia, co się też tutaj uwielbia, więc sama nawet zaczęłam czcić kult reprise i marudzę, no że jest ciężko...

Poza tym zauważyłam, że tak jak w Polsce po zakończeniu okresu studiów czy ogólnie okresu kształcenia, który to dzieli nasz rok na od września i do września (czyli od wakacji i po wakacjach) po rozpoczęciu pracy liczymy rok raczej od stycznia do grudnia, tak we Francji system "wrzesień-wrzesień" dalej funkcjonuje! Nie mogę dalej tego pojąć, ale oni faktycznie liczą czas od wrześniowej reprise nawet jeśli już od lat pracują! Co gorsze cały system zatrudniania i naboru nowych pracowników też na tym bazuje. We Francji jeśli chcemy szukać pracy przed wrześniem raczej nic nie znajdziemy, bo musimy poczekać na czas reprise, a tym samym na kolejny nabór pracowników właśnie we wrześniu! Okres naboru trwa krótko, bo potem wszyscy szykują się do świąt i kolejny "nabór " jest dopiero w styczniu! Generalnie Francuzi nawet nie podejmują jakiś dłuższych przedsięwzięć przed styczniem. W tym kraju wszystko rusza dopiero pod koniec stycznia, bo wtedy następuje ta WIELKA REPRISE. Dopiero pod koniec stycznia ludzie zaczynają mieć znowu pieniądze na nowe przedsięwzięcia i czas na zatrudnianie nowych pracowników, bo to daje im szansę sprawdzenia ich w pracy do kolejnego września... Wydaje mi się to dość dziwne, ale faktycznie tak to tutaj funkcjonuje. Nawet w kawiarni w której pracuję przeszłam przez liczne dyskusje o zmianie napływu klientów przed i po reprise (czytaj, przed i po wrześniu). To zupełnie tak jakby uczniowie podstawówek dyktowali całemu społeczeństwu rytm życia! Cóż... niestety jest listopad, więc państwo jest w stanie letargu i ja tym samym również. Już wszyscy szykują się do świąt (co  jest normalne w każdym kraju, tyle że w tutaj nawet gospodarka przyhamowuje na ten okres...) . Mam nadzieję, że nie zapadnę przez ten letarg w jakiś sen zimowy...

piątek, 27 lipca 2012

Francuzi-sprytne gady

To, że Francja to kraj trochę bardziej rozwinięty niż Polska wiem i ja i wszyscy, od dawna. Jednak co jakiś czas mimo tej całej wiedzy Żaby potrafią mnie zaskoczyć. Tak było również dzisiaj. Z wielkim trudem się wreszcie zmotywowałam i ruszyłam moje szanowne cztery litery w stronę miejskiej mediateki. Mimo, że książki tutaj kosztują grosze, pomyślałam, że warto jednak spróbować wypożyczyć książki, które niekoniecznie MUSZĘ mieć na swojej półce. Zapytałam googla,który wskazał mi ulicę na której moja najbliższa mediateka się znajduje. Szczerze mówiąc po miejskiej bibliotece (na dodatek darmowej) nie spodziewałam się jakiegoś szału. Ot tam parę półek z książkami...A tu NIE! Już sam budynek mediateki wygląda naprawę nieźle. Jest nowoczesny i oszklony. Podobnie w środku. Wchodzę, odkładam parasolkę do tego specjalnie przygotowanego pojemnika (który jak wszyscy wiemy jest po prostu wiadrem na parasolki). Wchodzę do sali głównej, która ma dwa piętra i jest urządzona trochę w stylu wypasionej świetlicy, ale jest przyjemnie, nowocześnie i cicho. Siadam przy biurku i zapisuję się. Z racji tego, że jestem mieszkańcem (tzn, że posiadam potwierdzenie wynajmu pokoju/mieszkania etc..) wszelkie usługi mediateki są dla mnie darmowe (radość!). Poza tym mogę wypożyczyć jednocześnie uwaga, uwaga... 20 dokumentów (!!!) na 3 tygodnie z możliwością przedłużenia. Są w tym płyty muzyczne, filmy DVD, książki, czasopisma-generalnie mogę wynieść wszystko co znajduje się w budynku! Jak dla mnie bomba. W Polsce nie widziałam jeszcze darmowej wypożyczalni filmów i płyt z muzyką. Poza tym w momencie kiedy pani dała mi kartę biblioteki, zostałam zapisana do całego kompleksu mediatek z okolic czyli 12 innych mediatek. Jakby tego było mało, dokumenty które wypożyczyłam w jednej bibliotece, mogę oddać w każdej innej, a kiedy sa zamknięte mogę je wrzucić do specjalnie przygotowanej skrzynki (takiej jak na listy). Ha! Mam nadzieję, że słuchając tego nie zrobiłam głupiej miny bo radość w sercu mi rosła i już wyobrażałam sobie siebie czytającą tysiące książek i słuchającą codziennie nowe płyty muzyczne...Ale nie to mnie dziś najbardziej zszokowało, bo najlepsze zostało na koniec. Po wybraniu tony książek, płyt i filmów nadszedł czas na zarejestrowanie wypożyczeń. W mediatece i wypożycza i oddaje się książki samemu i samemu się je rejestruje. Do tej czynności przygotowane są specjalne stanowiska. Najpierw skanuje się swoja kartę. Następnie na specjalnie wyznaczonej płycie kładzie się wypożyczone rzeczy jedna po drugiej i komputer sam rozpoznaje co to jest na podstawie...nie wiem czego ale jest to zajebiste!!! Kładziemy płytę, a na komputerze pojawia się opis płyty i cała lista wypożyczonych dokumentów, którą można na końcu wydrukować. 
Pewnie dla kogoś, kto zna się na informatyce nie jest, to żaden majstersztyk ale widząc to urządzonko, ja poczułam się jakbym dopiero co wyszła z ziemianki! A tam obsługiwały to dziadki, leciwe bo leciwe ale sprytne gady! Moja babcia widząc coś takiego chyba by skapitulowała i stwierdziła, że to dzieło szatana.


Takie rzeczy trzeba w Polsce wprowadzać , a nie stadiony budować. Przypominam również, że opisywana prze ze mnie biblioteka jest malutką podmiejska a nie narodową! Wracam więc do moich wypożyczonych skarbów, a do narodowej biblioteki póki co nie wchodzę, bo boję się , ze technika mnie przewyższy...

piątek, 13 lipca 2012

mój powrót i ...francuska bielizna

Rety chyba się zastałam z tym pisaniem. ale to wszystko przez tę moja magisterkę , ale już po obronie więc ostro zabieram się za pisanie. Na szczęście zdarzyła się fajna okazja bo trafiłam na długo oczekiwaną przeze mnie wystawę francuskiej bielizny! Wystawa została zorganizowała przez jedną z najbardziej prestiżowych francuskich marek, a mianowicie Chantelle. Jako wielka fanka i tej marki i całej gamy kobiecej lingerie udałam się na tę wystawę przy pierwszej okazji. Moja ciekawość i zapał nie zostały ostudzone na miejscu, a wręcz przeciwnie, tańczyłam z zachwytu, ponieważ wystawa była niesamowita. Co prawda była to jedna salka w której znajdowały się archiwalne modele bielizny francuzek rozpoczynając od końca XIX wieku, 3 ekrany prezentujące losy reklamy bielizny, oraz kilka próbek materiałów czy nitek z lycrą, a na koniec hologram którym była piękna kobitka pokazująca wszelkie modele bielizny jakie przewinęły się przez kobiecą garderobę na przestrzeni dwóch ostatnich stuleci. Bardzo fajna częścią wystawy był obchód z przewodnikiem, a już bardziej szczegółowo z panią przewodnik (któż lepiej niż kobieta opowie o bieliźnie?!) która miała spory bagaż wiedzy na temat historii francuskiej bielizny. Dowiedziałam się np., że historia ta jest bardzo związana z historia świata i rozwojem technicznym. To, że w czasie pierwszej wojny światowej, kobiety były zmuszone porzucić gorsety by móc zastąpić mężczyzn w pracy wiemy chyba wszyscy, ale już to, że wynalezienie nylonu w latach 40. używanego przez spadochroniarzy w czasie II wojny światowej, przyczynił się potem do niesamowitego rozwoju przemysłu bieliźnianego i powstania np takich firm jak "Princesse tam tam"! Poza tym to dzięki nylonowi kobiety mogą cieszyć się teraz bielizną kolorową, ponieważ materiał ten łatwo się barwi i kolor zostaje nawet po praniu. Wcześniej bielizna była tylko biała i lekko różowawa, ale nie dlatego, że kobiety były takie niewinne, ale, że nie znano odpowiednich technik barwienia i nie znano nylonu! Poza tym, dopiero w 1974 roku powstał model biustonosza rozpinanego z przodu, których ja tam fanka nie jestem, ale za to jak to powiedziała pani przewodnik, mówiono o tym modelu, że "skończył się wreszcie koszmar uwodzicieli! Biustonosz rozpina się z przodu"... ja tam nie dawałabym temu faktowi aż takiej pompy i uwagi, ale skoro pani przewodnik tak powiedziała, to widocznie zapięcie stanika z tyłu sprawia niektórym playbojom problemy... W każdym razie wystawa jest bardzo ciekawa i jak ktoś może warto ją zobaczyć. Wystawa znajduje się na 1-3 avenue Gabriel w Paryżu. Stacja Concorde. Trwa do 26 lipca. Otwarta jest od 10.00 do 18.00. Wejście jest gratis. Zapraszam! 







poniedziałek, 21 maja 2012

Osobliwości Francuzów

Ostatnio uzbierało mi się kilka uwag dotyczących małych osobliwości inności Francuzów

A więc zatem...

1.Francuzi zostawiają wiadomości na automatycznej sekretarce

Nie wiem czy jest to faktycznie jakaś wielka osobliwość Francuzów, ale ostatnio zdałam sobie sprawę z tego, ze jak żyłam w Polsce ponad 20 lat nikt mi się nie nagrał nigdy na automatycznej sekretarce mojej komórki...Nie wiem czy ja jestem jakaś inna czy mam dziwnych znajomych, ale tutaj we Francji non stop ktoś mi się nagrywa, a to, żeby mi powiedzieć, że jest jakiś wieczór fajny, a to żeby mu oddzwonić bo czegoś potrzebuje. nawet pracodawcy zostawiają wiadomości i proszą by do nich oddzwonić. Ja z kolei, jak dzwonię i ktoś nie odbiera jestem przyzwyczajona wysłać mu sms lub po prostu dzwonić do skutku aż w końcu łaskawie mi odbierze. W sumie jest w tym coś fajnego, bo zawsze jak oglądałam amerykańskie filmy, tam CIĄGLE ktoś nagrywa się na automatycznej sekretarce. Może wynika to zatem z fascynacji Francuzów Ameryką? (o której notabene będę jeszcze wspominała). Najbardziej bawi mnie komunikat mojej automatycznej sekretarki, który zdarza się dość często a brzmi: "Ma pani jedna nową wiadomość od numeru nieznanego, który nie zostawił wiadomości" ! (Vous avez un nouveau message, d'un numéro inconnu, qui n'a pas laissé le message). Przecież to w ogóle nie ma sensu!

2. Francuzi, życzą sobie "Szczęśliwego Nowego Roku" do końca marca... 

Kiedyś oglądałam skecz Gad Elmaleh'a- bardzo znanego we Francji komika, który twierdził, ze we Francji składa się życzenia noworoczne do końca lutego.Nigdy w to nie wierzyłam, bo myślałam, że to blef. Ale, 2 razy przekonano mnie , że jednak... Pierwszy raz info od Gad'a potwierdziło się w lutym, kiedy szlam na imprezę do znajomych. Było to spotkanie ludzi z mojej pracy  faktycznie niektórzy z nas dawno się nie widzieli, może nawet i od przerwy Bożonarodzeniowej. I co ja słyszę?! Mój kolega witając się z moja znajomą mówi: "A i szczęśliwego Nowego Roku, bo chyba się nie widzieliśmy jeszcze po Nowym Roku". Ja gały wytrzeszczam. Nie no przecież w lutym, to ja już dawno zapomniałam, że był jakiś Sylwester, fajerwerki etc...!!! O co tym ludziom chodzi?! Na cholerę składać życzenia noworoczne 2 miesiące po fakcie! Francuska galanteria ech... Ale, ale.... Nie było to jednak moje największe zdziwienie, bo oto pod koniec MARCA (czytać: 90 dni po Sylwestrze!!!) wracam sobie wieczorem z pracy. Oczywiście na metrze Saint Paul jest jeden SDF (bezdomny, skrót od sans domicile fixe-bez stałego miejsca zamieszkania), który mnie irytuje , bo co czekam na metro, to oczywiście z 20 osób tam stojących zagada do mnie.... Więc gada. Ja słucham. Pyta czy mam jedzenie. Mówię, mu, że nie i że jestem zmęczona (było po 22). Pan grzecznie przeprasza i mówi mi, Et une Bonne Anee a vous! (i Dobrego Roku dla Pani). No rzesz zdębiałam. Nawet nie wiedziałam, co powiedzieć, bo ja nie  wiem jak bardzo Polak musiałby być pijany, co by POD KONIEC MARCA składać komuś życzenia noworoczne. Wymruczałam spod nosa: "merci", bo przecież, nie miałam zamiaru życzyć mu szczęśliwych pozostałych 266 dni roku 2012...

3. Francuzi lubią stać w kolejkach

Nie wiem właściwie jak wytłumaczyć ten fenomen. Polacy nie lubią stać w kolejkach i są chyba o wiele bardziej niecierpliwym narodem. Może po komunie mamy dość kolejek, za to Francuzi... Czasami mam wręcz wrażenie, ze się w tym lubują, bo jak wytłumaczyć fakt kolejki do Starbucksa wychodzącej za drzwi butiku, a ludzie ciągle się w niej ustawiają?! Ja, jak chcę się napić kawy i widzę koleje takiej wielkości, zmykam gdzie pieprz rośnie! Podobnie jest z toaletami. Ludzie tutaj widzą kolejkę na pół butiku i tak będą cierpliwie czekać. Mnie to szlag by już dawno trafił i znalazłabym toaletę gdzie indziej. Oni czekają. Poza tym nie zapominajmy o tych wielkich kolejkach do bibliotek, do których naprawdę tracę cierpliwość. Z drugiej strony, co zresztą gorsze, syndrom czekania zaczął mi się udzielać, bo jeszcze parę dni temu stałam ponad 30 minut, w deszczu kapiącym mi na głowę, żeby wejść do biblioteki w Centrum Georges Pompidou (?!!!).

4. jak im się coś nie podoba, albo coś nie gra od razu to zgłaszają

Francuzi mając coś co jednocześnie może denerwować, ale z drugiej strony jest chyba dobrą cechą, a mianowicie oni bez żenady manifestują swoje niezadowolenie czy to w restauracji, czy kawiarni czy kinie. ogólnie w miejscach publicznych. Nie mam tutaj na myśli chamskiego marudzenia, że moja zupa ogórkowa nie jest wystarczająco zielona, ale uwagi praktyczne, które niejeden Polak chciałby zgłosić, ale...ale tak nie wypada, a po co...O czym dokładnie mówię. Francuzi jak tylko czy stół jest brudny, czy kawa za zimna, czy jak nie ma papieru w toalecie, zgłaszają to spokojnie do obsługo restauracji, Nie powiem, że jest to jakieś odkrycie i że czuje się jak Kolumb, ale wydaje mi się, że w Polsce nie jest to tak często spotykane. Zaczynam się tego naprawdę uczyć, bo w sumie jak by nie patrzyć, gdziekolwiek się nie idzie, płaci się za obsługę. Dlaczego więc nie mielibyśmy wymagać, by ta obsługa była satysfakcjonująca? Byłam niedawno w świetnej meksykańskiej restauracji i znajoma z która tam byłam, była bardzo głodna. Po przystawce czekałyśmy na jedzenie JUŻ 5 minut. Nie zawahała się więc ani chwili by grzecznie zapytać kelnerkę, czy nasze danie główne będzie niedługo podane bo jesteśmy naprawdę głodne. Ta uprzejmie odpowiedziała, ze nie ma żadnego problemu, danie już jest prawie gotowe. Proste, szybkie i skuteczne. Dawniej nawet bym się nie odważyła zapytać czy poprosić o coś kelnerkę czy sprzedawczynię, skręcałoby mnie w żołądku a bym nic nie powiedziała, tylko po prostu nigdy więcej nie wróciła do tej restauracji. Teraz jestem "upierdliwa" (z polskiego punktu widzenia), a "wymagająca" z francuskiego.

5. Egoiści

Nie będę się już rozpisywała na temat tego jacy Francuzi są be, źli i niedobrzy. Moja ostatnią obserwacją jest tylko to, ze jako naród wydają się być niesamowicie towarzyscy i tacy są. Tylko ta towarzyskość niekoniecznie idzie w parze z przyjaźnią i chęcią pomocy innym. Jak wam kiedyś wpadnie do głowy poproszenie o pomoc w przeprowadzce Francuzów, to się dwa razy zastanówcie, bo macie 90% szans, ze powiedzą wam, że są przecież firmy które ogranizuja przeprowadzki. Po co więc oni mają się męczyć. We Francji, trzeba zatem dzielić swój budżet nieco inaczej. Połowę zarobków wydajemy na zabawy ze znajomymi, a drugą opłacamy firmy do przeprowadzki, firmy remontowe, opiekunki dla dzieci, pomoc do sprzątania i....nie no, na szczęście dla Francuzów, seks jest za darmo. Jeśli pamiętam dobrze z ekonomii, nadmiar podaży obniża cenę towaru...







czwartek, 10 maja 2012

Paryż-miasto apple'a

Jedną z osobliwości Francji a szczególnie Paryża, którą pewnie każdy wychwyci jest to że Francuzi uwielbiają nowinki techniczne a szczegolnie ...wypasione telefony. Śladem tego stwierdzenia musimy przyznać, ze przynajmniej w stolicy Francji prawie KAŻDY szczyci się pięknym Iphonem 3,4 4S czy tam innym. W sumie nie dziwota, bo przy zarobkach jakie maja Francuzi kupno takiego telefonu jest ciągle jednak luksusem, ale nie jakimś niebotycznym poświęceniem wymagającym miesięcy wyrzeczeń jak to się przedstawia w przypadku Polski gdzie i phonów ni widu ni słychu. Jednak nie byłoby to w sumie nic szczególnego gdyby nie to, że posiadanie takiego telefonu implikuje nowe zachowania francuskich homo sapiens. Po pierwsze każdy szanujący się posiadacz tego telefonu, który ma miliard aplikacji NIGDY się z nim nie rozstaje. Generalnie odkąd w Iphonie jest Siri Francuzi nie potrzebują nawet prawdziwych rozmów czy przyjaciół, zresztą jest pewnie jakaś aplikacja "przyjaciel". Zauważyłam nawet, że ten telefon ma również wpływ na pary. Otóż kiedy para kupuje kawę w kawiarni, siada przy wolnym stoliku na przeciwko siebie (romantycznie) i...nie rozmawia ze sobą tylko bawi się Iphonami! Pracuję w kawiarni więc mogę z ręką na sercu powiedzieć, że zdarza się to bardzo często! Oczywiście istnieje kilka konfiguracji tych nowych zachowań np. możemy spotkać matkę i dziecko-dziecko gra w gry, mama pisze sms. Możemy spotkać  też połączenie Iphone i IPad- zasady te same: nie gadamy, tylko jeździmy palcem po ekranie naszego apple cuda. Na razie niewiele mogę powiedzieć z własnego doświadczenia, ale faktem jest, że przy iphone potrafię spędzić godzinę po prostu przeglądając aplikacje, kupując książki w PDF czy siedząc na mobile fb. Obym nie stała się nowym apple sapiens!

piątek, 20 kwietnia 2012

kolejki do bibliotek

Jedną z bardzo dziwnych tutaj rzeczy jest to, że do bibliotek są niesamowite kolejki. Nie żartuję! Żeby dostać miejsce  w bibliotece Saint Geneviève , która otwiera się o 10.00 rano trzeba być przed drzwiami biblioteki punk 10 i nie później! A w soboty jak przyjedziecie tam ok 10 to będzie przed Wami stało już ze 100 osób! O 13,00 nawet nie idźcie bo tylko pocałujecie klamkę a zarazem tabliczkę z napisem: nie ma już miejsc w czytelni. Notabene nie wiem dlaczego studenci francuscy dzielnie stoją przed drzwiami, i tak wypełnionej po brzegi biblioteki, bo mi chciałoby się marnować czasu na czekanie, aż ktoś wyjdzie z biblioteki. Widocznie jak to Francuzi mają za dużo wolnego czasu i lubią tak sobie postać.Podobnie ma się sprawa z biblioteką narodową Mitteranda. Jakiś czas temu zerwałam się w niedzielę o 8 i ruszyłam metrem do tej, jedynej otwartej w niedzielę, biblioteki. Gmach jest ogromy. Są to 4 wieże  w kształcie otwartych książek. Mają wysokość 79 metrów. Wieże łączy długi korytarz znajdujący się na poziomie ogrodu. Całe to cudo to wielkie dzieło prezydenta François Mitterand'a, który był w 1996 roku inicjatorem całego przedsięwzięcia- bo jak każdy prezydent Francji chciał po sobie coś zostawić.

 

                                        Na tym zdjęciu trochę słabo widoczna ogromna kolejka do wejścia.

Więc tak jak mówię, ruszyłam z zamiarem wyrobienia sobie karty rocznej jako dzielna studentka pisząca pracę magisterską. Generalnie moje założenie spełniłam, bo kartę roczna za 20 euro wyrobiłam a i owszem, tyle, że po 30 minutach jakie spędziłam na wyrabianiu karty miejsc w czytelni już nie było... Zaproponowano mi wygodny fotelik na ...korytarzu. Jak to nie ma miejsc?!!! Przecież tutaj jest 1500 miejsc dla studentów! To był moment w którym zrozumiałam, dlaczego studenci biegali po korytarzu- baaa chcieli zdobyć ostatnie miejsca! Po chwili irytacji, przycupnęłam na korytarzu, a po 2 godzinach się zmyłam, bo po co niby siedzieć na korytarzu za 20 euro...  Lekko zdegustowana ruszyłam do kawiarni. co jak co ale nie zamierzam zrywać się o świcie by potem biegać po bibliotece w poszukiwaniu wolnego miejsca o nie! O wnętrzu czytelni zatem opowiedzieć nie mogę, bo tam nie weszłam. Jeśli ktoś jest początkującym gościem francuskich bibliotek należy dokładnie poczytać regulaminy, bowiem w każdej z nich mamy prawo do określonej liczby przerw. Np. w Saint Geneviève możemy wyjść niezliczona liczbę razy na 15 minut, ale tylko raz na 45 minut. Poza tym jak kończymy i wychodzimy już "na zawsze" należy przycisnąć odpowiedni przycisk przy wyjściu, co by było wiadomo ile jest wolnych miejsc. Wynika to pewnie z tego, że miejsca w paryskich bibliotekach są bardzo cenne, bo jest więcej studentów aniżeli bibliotek, zatem kiedy już mamy miejsce trzeba go strzec i siedzieć na dupie cały dzień, bo jak nie to jakiś żabojad zaraz się rzuci ze szponami na nasze siedzisko.

Ostatnią biblioteką, którą udało mi się ostatnio zaliczyć była Biblioteka Instytutu świata arabskiego, która znajduje się na brzegu Sekwany, na stacji Juissieu.  Po pierwsze uwielbiam ten budynek, zbudowany w 1987 roku. Jest przepiękny! Zaprojektował go Jean Nouvel- ten sam, który zaprojektował Musée du quai Branly tez w Paryżu czy Torre Agbar w Barcelonie. W budynku na 3 pietrach znajduje się biblioteka z czytelnią. Tak się składa, że moja prace pisze o imigracji arabskiej więc siłą rzeczy już nie raz tam byłam. Biblioteka jest bardzo przyjemna. O dziwo nie trafiłam jeszcze na kolejki, a co najciekawsze nie ma się potrzeby wyrabiania karty! Jedyny minus to, że książki można czytać tylko na miejscu, nie można ich pożyczyć. na samym dole znajduje się księgarnia i restauracja, a na samej górze czeka na nas niespodzianka-taras widokowy, z którego widać Notre Dame-polecam szczególnie w nocy! Poza tym jest tam restauracja z arabską kuchnią i sala konferencyjna.



piątek, 6 kwietnia 2012

Wrocław pobił Paryż


Ostatnio kiedy leciałam, do Polski, już na miejscu, we Wrocławiu spotkała mnie miła niespodzianka-nowe lotnisko! Co najśmieszniejsze jeszcze na pokładzie samolotu dodawałam pewnemu Polakowi otuchy, ponieważ leciał samolotem po raz pierwszy. Po rozmowie ze mną i tuż przed lądowaniem, jak już wiedział, że latam do Wrocławia co najmniej raz na 2 miesiące zapytał mnie czy lotnisko we Wrocławiu jest większe od tego w Beauvais... Ja z wilką pewnością siebie odpowiedziałam: proszę pana, beznadziejne i małe jak Beauvais, jak nawet nie mniejsze. Jako częsty latacz byłam w tym momencie zaufanym źródłem informacji. Jednak mina mi zrzedła kiedy faktycznie wylądowaliśmy, a Pan obok z radością westchnął: „no to będziemy żyć”.... bo na miejscu starego malutkiego terminalu stało piękne i nowoczesne lotnisko!!! Nawet się zastanawiałam czy do dobrego miasta przyleciałam … Wylądowaliśmy na nowym ogromnym i nowoczesnym terminalu Wrocławskiego lotniska przy którym Beauvais wygląda jak stara zasypana sianem stajnia!!!! Generalnie Beauvais nigdy mi się nie podobało, a sami Francuzi żartują, że to lotnisko to jakaś atrapa i że cud że w ogóle coś tam ląduje! A Wrocław?! Chapeau-bas! Piękna oszklona, dwupiętrowa konstrukcja, nowoczesne przestronne i sprawnie działające lotnisko. Poza tym znajduje się blisko centrum. no, o wiele bliżej niż Beauvais do którego trzeba brać specjalna busik za 15 Euro, a jedzie się tam 1,5 godziny! Przynajmniej tym Polska może się pochwalić na Euro 2012! Jestem za!

środa, 28 marca 2012

nie bez przyczyny jedzą ślimaki...

Ostatnio coraz bardziej denerwuje mnie tempo chodzenia Francuzów. Beh nie tylko chodzenia ale w ogóle brak ogarnięcia. Rano, kiedy mam 30 min by dotrzeć do pracy szlag mnie trafia jak muszę iść w tłumie żabojadów. Nie wiem jak oni to robią, ale poruszają się jak ślimaki! Jakby mieli ołów w dupach! (za przeproszeniem). Tempo miasta jest ogromne ale oni spieszą się tak, żeby się czasem nie zmęczyć. Ostatnio szłam za jakimś Francuzem, a nawet starałam się biec bo wiedziałam nadjeżdżające metro. Myślę sobie, zdążę, to jakieś 5 metrów. Taaa.... tylko nie przewidziałam, ze Pan Francuz nie dość że będzie się wlekł to jeszcze będzie szedł środkiem każdego chodnika i pobliskich schodów co by nikt inny go nie wyprzedził..metro odjechało. Co zabawniejsze nawet jak dobiegnie się do metra wcale ni jest powiedziane, ze się do niego wejdzie. Bo kiedy Francuz wchodzi do metra to spokojnie staje sobie przy wejściu i kontempluje gdzie może sobie przycupnąć. To, że za nim stoi 20 osób, które również chciałyby w sumie wejść go zupełnie, ale to zupełnie nie obchodzi! Wiem , ze nie jest to jakaś życiowa tragedia, ale każdego ranka doprowadza mnie to do szału i psuje humor już od rana. Rety czy oni naprawdę nie potrafią chodzić szybciej! Polacy mają jakaś ikrę, poruszają się z energia, a nie jakby szli w pochodzie pogrzebowym. Gorsi są już tylko Arabowie, oni zawsze idą jakby w każdym momencie swojego życia spacerowali dla przyjemności...czy odą do pracy, czy faktycznie spacerują tempo jest ...ślimacze, ale ślimak w wydaniu arabskim ma chyba cięższy domek na grzbiecie więc idzie jeszcze wolniej... Jednak oni, w przeciwieństwie do Francuzów chyba pojęli fenomen ludzi którzy chodzą szybciej od niech i grzecznie wszystkich, którzy nigdy nie mają czasu (czytaj Natalia biegnąca do pracy o 6,30 rano) przepuszczają. Próbowałam, nawet zapytać Francuzów, dlaczego się tak wleką, to odpowiedzieli mi: Ty pochodzisz z Polski, gdzie zawsze jest minus 40 stopni więc musicie chodzić szybko... Tak.. zapomniałam, że oni naprawdę myślą, że w Polsce panuje wieczna zima... Zresztą powinnam się cieszyć, że moi znajomi potrafią przynajmniej zlokalizować Polskę na mapie, bo jakiś czas temu podrywał mnie student 6 roku medycy, który, jak mu powiedziałam skąd pochodzę powiedział bez żadnego zażenowania: "Nie mam zielonego pojęcia gdzie to jest" hmm sans commentaire....

poniedziałek, 12 marca 2012

8 marca - buraki kontra dżentelmeni

No tak wreszcie nastał piękny dzień bo Dzień Kobiet. Generalnie nigdy nie przywiązywałam do tego święta jakiś szczególnych oczekiwań ale zawsze miło się zrobiło jak jakiś mężczyzna czy złożył mi w tym dniu życzenia czy podarował kwiatka. No tak, nie zwracałam na to szczególnej uwagi bo mi za dobrze było, w dupie mi się przewróciło (jak się tego dnia przekonałam) bo otóż jestem we Francji, a tu ani nikt życzeń nie składa, ani w ogóle nawet NIE PAMIĘTA co to za dzień...We Francji międzynarodowy dzień kobiet nie istnieje!  Nawet Arabowie składali na fb wszystkim dziewczynom życzenia, a Francuzom usta w tym dniu zamurowało! Nigdzie nie panoszyły się kobiety z tulipanami. Z jakimikolwiek kwiatami czy oznakami pamięci ze strony ich mężczyzn...Cały dzień czekałam czy ktokolwiek wspomni o tym głupim święcie i cisza...Poczułam się jak dziecko, któremu zabrano lizaka...
Pytam więc Francuzek, jak to z tym świętem jest i dlaczego faceci nie składają im życzeń. Jedna nie wiedziała, ze w ogóle 8 marca to dzień kobiet, a druga powiedziała, że oni żadnych świąt nie obchodzą, bo Walentynki są komercjalne, a dzień kobiet z dupy, więc kwiatka nie użyczysz... 
Pytam o co w tym chodzi mojego wszechwiedzącego szefa...Powiedział mi, że mimo, że on dał swojej żonie kwiatka (O niebiosa!!!) to generalnie we Francji to nie jest dzień "ku czci kobiet" tylko dzień w którym wszelkie feministyczne organizacje organizują wiece i konferencje. Bardziej zwraca się uwagę na tematykę taką jak równość płci i dostępu do pracy, nauki aniżeli jakiś głupi tulipan, którego i tak nie wiadomo gdzie mieliby kupić, bo ja póki co kwiaciarni tu nie widziałam...może straciły rację bytu. Faktycznie przypomniałam sobie, że jak rano wstałam to zdałam sobie sprawę, że przegapiłam konferencje organizacji feministycznej Ni putes ni soumises (Nie dziwki, nie uległe/poddane) Oczywiście bardzo fajnie, że ta tematyka jest podejmowana i że działa tutaj mnóstwo takich organizacji, jednak mimo wszystko czułam się nieco zdegustowana. Nawet na jakiś skromny gest nie stać słynnych francuskich amantów.  Zresztą jak już kiedyś mówiłam, oni chyba ciągle działają zgodnie z zasadą: po co się męczyć jak i tak tutejsze laski tego nie wymagają....  Wydaje mi się, że ma to też związek z pewnym rodzajem szacunku jakim darzy się kobiety w Polsce a tutaj tego brakuje. Przecież dzień kobiet to też dzień wszystkich matek i naprawdę Francuzi uważają, że nie należy im się chociażby pamięć?! 
Tego dnia wychwalałam pod niebiosa polskich dżentelmenów, którzy wysyłali mi wiadomości na stary polski numer telefonu czy na fb. Niewiele ich to kosztowało a jaka radość! Czyżby jednak ostoją prawdziwych dżentelmenów była Polska?!!!

sobota, 25 lutego 2012

Bibilioteka Saint-Geneviève

               Dzisiaj wstałam wczesnym porankiem, posiliłam się jakimś muffinkiem ze Starbucksa i podążyłam do biblioteki pisać moja pracę magisterską. Wreszcie się zmotywowałam i byłam z tego faktu bardzo dumna, ale nie wiedziałam jeszcze jaka miła niespodzianka na mnie czeka na miejscu. Otóż za cel mojej naukowej wycieczki obrałam sobie nie byle jaką bibliotekę, ale sorbońską Saint-Geneviève. Metrem udałam się w okolice Panteonu, przy którym stoi budynek biblioteki nazwanej imieniem patronki Paryża- Św. Genowefy. Uwierzcie, ale mimo, że już kilka osób mówiło mi, że biblioteka jest przepiękna, niemal padłam z wrażenia. Jest przepiękna! Stara, bo wybudowana w 1851 roku przez francuskiego architekta Henri'ego Labrouste'a,  dzięki czemu atmosfera panująca w czytelni przenosi nas w inną epokę!
              Co najciekawsze, to odkąd zaczęłam interesować się historią Francji a szczególnie Paryża, czyli gdzieś w wieku 13-14 lat próbowałam tę bibliotekę zlokalizować. Dlaczego? Kiedyś, gdy przeglądałam jakaś książkę traktującą o studiach w Paryżu natrafiłam na zdjęcie dziewczyny czytającej książkę przy zielonej lampce. Od tego czasu moim głupim dziecięcym marzeniem było właśnie usiąść i postudiować stare pisma właśnie przy tej lampce, właśnie w Paryżu. I proszę, wchodzę do przepięknej sali wypełnionej po brzegi starymi drewnianymi półkami z malowanymi ręcznie wzorami, które stoją na balkonach otaczających czytelnię i widzę w ch* zielonych lampek! Radość!!! 
Z głową w górze i oczami podziwiającymi światło wpadające przez liczne okna i oświetlające malowidła ścienne podchodzę do pani i pytam o miejsce z gniazdkiem (bo tryb ekonomiczny mojego laptopa pożera całą baterię w niecałe 2 godziny). Pani obmyła wypełnioną po brzegi salę (ludzi jakby rozdawali tam darmowe IPhony), która ma 715 miejsc siedzących i proponuje mi miejsce w jakiejś obleśniej sali obok, gdzie gniazdek jest dużo. Zerknęłam na te salę obok, na salę główną, znowu na salę obok, i znowu na salę główną i stwierdziłam, że choćbym miała usiąść komuś na kolanach miejsce tutaj znajdę! Ja tutaj spełniam marzenia do cholery i nie będę siedziała w jakieś normalnej sali. O nie! 
Miejsce znalazłam, nawet blisko wtyczki, więc mogłam spokojnie pracować 3 godziny i pisać swoje wypociny, które mają mi zapewnić tytuł magistra. Jeszcze przez jakieś 10 minut od znalezienia miejsca pogapiłam się na bibliotekę i  na Chinkę siedzącą obok mnie i pisząca smsa tymi śmiesznymi chińskimi znaczkami i zabrałam się do pracy.
Z kwestii praktycznych należy zapamiętać, że jest to biblioteka ogólnodostępna. Nie trzeba być ani Francuzem ani studentem francuskiej uczelni, żeby móc z niej skorzystać. Czynna jest do 22.00 więc pewnie pójdę tam kiedyś późnym wieczorem-musi wyglądać pięknie nocą...  Zbiory liczą ponad milion woluminów. Znajdziemy tam też 15 000 magazynów  zarówno francuskich jak i zagranicznych, z których 3 320 jest ciągle prenumerowanych. Do tego dochodzi ponad 85 000 różnych starych prac magisterskich, doktoratów i archiwalnych czasopism (wiedza o zbiorach pochodzi oczywiście z zagrożonej ACTA Wikipedii). W każdym razie jeżeli tylko będziecie mieli okazję do tej biblioteki iść naprawdę warto! Chociażby żeby popatrzeć...




piątek, 24 lutego 2012

BIO, Red Bull, Tajlandia i seks turystyka.

                Wczoraj do mojego biura przyszedł "Pan BIO". Nazywam go tak ponieważ nie tylko żywi się jedynie produktami oznaczonymi znaczkiem BOI-których jest we Francji sporo i są bardzo popularne-ale również dlatego, że uwielbia opowiadać o tajemniczych składnikach, oczywiście szkodliwych dla zdrowia, które pochłaniamy jedząc zwykłe, tanie produkty. Mimo wszystko Pan BIO jest bardzo sympatyczny. To niski, bardzo szczupły i trochę łysawy człowiek, który nie szczędzi ludziom uśmiechu. Często przychodzi do mojego biura i opowiada mi ciekawe historie. Za pierwszym razem miałam wykład o Red Bullu którego usilnie szukałam w automatach ministerstwa co by nie usnąć przy komputerze... Ponoć produktem najbardziej pobudzającym jest w tym magicznym napoju cukier, a nie jak myślałam kofeina. Trzeci produkt, który się tam znajduje to tauryna- mimo odstraszającej mnie nazwy ponoć bardzo zdrowa. Następnym razem przyniósł mi ciastka BIO- nie będę tu oszukiwać pochłonęłam te truskawkowo czekoladowe cudo z wielką przyjemnością jeszcze się cała usmarowałam czekoladą jak jakiś 5 latek... Po kolejnych kilku dniach dał mi w prezencie korzeń imbiru-oczywiście kupiony w sklepie BIO (co jest zrozumiałe, skoro uważa, że we wszystkich innych sklepach sprzedaje się tylko ZŁO). Nie wiem czy korzeń imbiru to jakaś nowa XXI wieczna odmiana kwiatka, ale z prezentu się ucieszyłam. Przy kolejnej wizycie, kiedy to Pan BIO przyniósł mi pewnego rodzaju zielony napój-obrzydlistwo o smaku zdeptanego grejpfruta, dowiedziałam się że francuskie gazety są sponsorowane niemal w całości z przemysłu energii atomowej i dlatego też nie przeczytamy ani w Figaro ani w le Monde, że elektrownie atomowe we Francji należy zamknąć i że trzeba inwestować w ekologiczne formy energii... Nie wiem czy Pan BIO postanowił mnie zamienić w BOI-zwolenniczkę, bo za każdym razem próbuję dzięki niemu jakiegoś nowego BIO-cuda, jak BIO czekolada czy naturalne ziarna czekolady (tego nie ruszajcie! Nie ważcie się tego brać do ust! Wielkiego wysiłku wymagało ode mnie niewyplucie tego-czegoś o smaku skórzanego kapcia podwędzonego na grilu. Oczywiście na koniec powiedziałam, że nie jest to takie złe, ale szybko, niczym Harry Potter, ulotniłam się z biura co by nie musieć degustować kolejnego ziarna tego świństwa.). Wydaje mi sie jednak, że powili traci on nadzieję na nawrócenie mnie, a już mało nie przeżył zawału, kiedy zobaczył mnie z puszką czarnej mikstury napchanej cukrami -Coca Coli (!!!)
                   W każdym razie przez ostatni miesiąc Pan BIO był na urlopie. Pojechał w odwiedziny do koleżanki, do Tajlandii. Na miesiąc! O dziwo będąc w tak dalekim kraju pomyślał o mnie i przywiózł mi w prezencie ORYGINALNEGO Red Bulla, który jest produkowany właśnie w Tajlandii o czym nie miałam zielonego pojęcia. Oczywiście nie piję tego dziadostwa codziennie, ale ta słodka 100 mililitrowa buteleczka sprawiła mi wiele radości! Trop mignooooon... Jeszcze nie próbowałam, ale ponoć w wersji tajlandzkiej jest o wiele więcej cukru i kofeiny. Co do samej marki. Redd Bull-ponoć australijska marka, został wylansowany w Japonii, kraju pracoholików, którzy aby móc pracować te 12 godzin dziennie potrzebowali jakiegoś dopalacza. I voilà! Jest Redd Bull! Jednak w bardzo szybkim czasie marka przeniosła się do Tajlandii, gdzie ludność również sporo pracuje. 

Z opowieści Pana BIO wynika, że jest to bardzo przyjazny kraj. Ludzie są uśmiechnięci, a słynnych świątyń nie trzeba daleko szukać, bo są usiane jedna obok drugiej.  Tak samo mnisi w tych śmiesznych szarfo-spódniczkach w kolorze pomarańczy, są wszędzie. Z tego co jednak mówił, to w Tajlandii ludzie są bardzo otwarci i przyjaźni, ale tylko w ramach pierwszego kontaktu. Nie znaczy to że jak zada się im drugie pytanie wyciągają spod szarfy nóż by nas zadźgać na śmierć, ale mają spore trudności z kontaktem drugiego stopnia, tzn można im mówić spokojnie dzień dobry etc ale kiedy już poprosi się ich o coś bardziej skomplikowanego niż podanie bochenka chleba są zagubieni. Dlaczego? W ich kulturze (buddyzmu) nie wolno odpowiadać nie. Znaczy to ni mniej nie więcej tylko, że jeśli ktoś nas o coś poprosi musimy zrobić wszystko by mu pomóc. Dlatego też kiedy Pan BIO zapytał w pewnym miejscu czy można tam wymienić Euro na ich walutę, zamiast powiedzieć mu że tutaj się tego nie robi, kazali mu siedzieć i czekać, zapewniając że jakoś to załatwią. Po półgodzinnych poszukiwaniach, zwołaniu połowy rodziny i znajomych wreszcie znaleźli kogoś kto mógł wymienić mu pieniądze... W innym miejscu, już do tego przeznaczonym -jakimś rodzaju kantora- kolejna wymiana trwała 2 minuty... 
                 Kolejną niespodzianką dla mnie było to jak bardzo rozwinięta jest w tym kraju infrastruktura. Poruszanie się po Tajlandii nie jest ani drogie ani trudne. Do wybory mamy  szybkie pociągi pociągi, pociągi normalne, busy, mini-busy, taksówki z licznikami, metro. Następnie: moto-taxi (generalnie nic specjalnego jeździ pan na motorze i jak ktoś chce, to za opłatą siada za jego plecami i wio). Oczywiście istnieje też ta najstarsza tradycyjna forma transportu komunalnego tzw Tuk-Tuki-rodzaj 3 kołowego roweru. 
Oczywiście należy również pamiętać, że Tajlandia jest pierwszym eksporterem ryżu na świecie, podobno uśmiechnięci Tajlandczycy wcinają tony tego "białego złota". Co do jedzenia: zjeść można wszędzie i tanio. Za 80 centów, czyli jakieś 3,20 zł dostaniemy dużą michę zupy z makaronem i mięskiem. 
               Ostatnia ciekawostka: prostytucja. Oczywiście wszyscy wiemy, że Tajlandia jest przystanią seks turystyki. I tak samo jak zadbano tam o drogi i środki transportu, zadbano też o infrastrukturę tej dość specyficznej dziedziny. Istnieje tam niezliczona liczba podejrzanych hoteli czy po prostu już "maison close"(domy publiczne) i nie jest to widziane jako wielka hańba. Ludzie są na tyle przyzwyczajeni do egzystencji tych praktyk na terenie ich kraju, że traktują to wręcz jako odrębną gałąź gospodarki! Pan BIO opowiedział mi nawet, że pewnego razu jego znajoma szukała hotelu w jakimś obcym mieście. Bez skutku, wszystko było pełne. Nawet taksówkarz jeździł z nią od hotelu do hotelu i nic. Ostatecznie zaproponował że znajdzie jej inny nocleg... Wjechał samochodem do podziemnych garaży i za opłatą otworzyły się drzwi do garażu, które wychodziły bezpośrednio na pewnego rodzaju pokój, izdebkę, bez okien. Okazuje się, że są to specjalnie przygotowane pomieszczenia w których panie mogą przyjmować panów i na odwrót nie martwiąc się przy tym, że zostaną nakryci! Kobieta spędziła tam spokojną noc i jednocześnie odkryła jak daleko sięga organizacja seks-turystyki! Jak to opisuję wydaje mi się to nawet zabawne, ale jak dłużej nad tym pomyśleć to chyba jest to dość tragiczny obraz społeczeństwa, które musi sprzedawać się zachodnim zboczeńcom żeby zarobić na ... miskę ryżu. Ulżyło mi tylko, że jednocześnie nie ma żadnych przeszkód, żeby samotna europejska turystka spacerowała sama po mieście, nikt jej zaczepiał nie będzie, jest bezpieczna. Oby, bo opowieści Pana BIO zachęciły mnie do wycieczki do Bangkoku!

środa, 15 lutego 2012

Starbucks

Tak się składa, że już od kilku miesięcy pracuję w kawiarni znanej amerykańskiej sieci Starbucks. Tak tak wspomagam kapitalistyczny biznes gospodarki z drugiej strony Oceanu Atlantyckiego, którego symbolem jest syrena z dwoma ogonami i długimi kręconymi włosami, zakrywającymi jej nagi biust. Ciekawostka: pierwsze logo zakładało syrenę z odsłoniętym nagim biustem, ale bulwersowało to ówczesną populację, dlatego też logo zostało zastąpione tym dzisiejszym. Dlaczego syrena? Otóż wyjaśnienie jest bardzo proste. Statki które przewoziły tony worków z kawą miały na dziobie rzeźby, a najczęściej rzeźbę syreny, która miała odstraszać te "prawdziwe", które miały w zwyczaju zwodzić marynarzy i tym samym rozbijać ich statki. 
Mój butik znajduje się na znanej i drogiej ulicy Rivoli w całkiem przyjemnej okolicy. Nie będę oczywiście opisywać jak wspaniała kawę serwujemy, ale skupię się na tym jak wygląda jeden dzień w mojej pracy. 

Z kim pracuję
Ekipa mojego butiku-mówię "mojego" bo tak się tutaj ponoć mówi- jest niesamowita. Być może praca w kawiarni nie jest moją wymarzoną, ale dzięki ludziom z którymi udało się tutaj pracować jest niemal czysta przyjemnością (a jest to ważne, bo praca w Starbucksie różami usłana nie jest i pachnie w 60% eau de javel (odpowiednik polskiego wybielacza, płynu do usuwania zabrudzeń i tłuszczu) a w 40 pozostałych aromatem kawy...).
Mój szef to kompletny kosmita rzucający głupimi politologiczno-rasistowko-pokręconymi żartami, który jest przekonany, że w Polsce je się tylko buraki i ziemniaki. Reszta ekipy uwielbia śpiewać, co udowadniają nagminnie przy klientach, dlatego gdyby ktoś mnie tam kiedyś odwiedził, niech sie nie zdziwi jak usłyszy głośne In the jungle the mighty jungle the lion sleeps tonight w wykonianiu Paul'a w tym ja w chórkach:  A łiiiiiiiiii imambambułej....
Kiedyś opiszę  każdego z moich kompanów, ale dziś skupmy się na przebiegu wydarzeń w ciągu dnia. Mówiąc krótko praca z tymi ludźmi doprowadza do tego, że mam kolkę w brzuchu od ciągłego śmiechu i żartów.

Pracę zaczynamy o 7 rano-jak ktoś robi open (ach tak co bym nie zapomniała, gwoli wyjaśnienia, Francuzi, nie tylko w Starbucksie, używają niesamowicie dużo anglicyzmów) lub o 14 do 21,30 lub 22,00h jak ktoś robi close.
Jak każda kawiarnia, mamy naszych stałych klientów.
Każdego ranka przychodzi Miguel -niesamowicie sympatyczny pan, który rano zamawia grande americano. Często przychodzi też w południe. Co jakiś czas dajemy mu kawę gratis. Niestety zaraz po nim wpada niska brunetka, która mimo, że narzeka na tempo usług (a zawsze się niby spieszy) jest u nas punkt 7.00. Naprawdę wredne babsko, aż ma się ochotę ją potraktować bluzgami albo wylać jej to tall americano na twarz.... Następnie przychodzi 40 letnia kobita, dość miła. Zawsze bierze tall latte z syropem orzechowym, mlekiem odtłuszczonym o temperaturze dziecięcej, czyli poniżej standardowych 64 stopni Celsjusza (lol).
Jak tylko otwieramy wpada oczywiście Amerykanin. Jest tochyba jakiś włóczęga, bo zawsze kupuje espresso i śpi na fotelu w drugiej sali która znajduje się w piwnicach. Potem znowu podchodzi do baru i prosi o kubeczek-papierowy- z gorącą wodą... Jest fryzjerem, ale strzyże ludzi w dziwny sposób, bo na stojąco na dworze... raz mnie zapytał czy nie jestem metysem i czy jestem pewna że nie mam nikogo czarnoskórego w rodzinie (wtf?!). Zawsze nosi kaszkiet i ma dość dziwny wyraz twarzy, tak jak by kiedyś przeszedł jakąś operacje twarzy czy lifting. Nie wiem dlaczego ale przypomina mi Michaela Jacksona. Naprawdę! Jak dla mnie, jeśli Michael Jackson naprawdę żyje i upozorował swoją śmierć, tajemniczy fryzjer w kaszkiecie mógłby być pierwszym podejrzanym.
Po południu przychodzi do naszego butiku babinka owinięta fioletową chustką. Jest na tyle wiekowa, że ma już problemy ze swobodnym poruszaniem się. Siada na jednym z naszych czerwonych foteli i czeka, często zasypia na siedząco. A czeka na swoja córkę-tez już babcię, ale jeszcze nie babinkę. Ta, za każdym razem zamawia zielona herbatę z miętą w filiżance i karmelowego muffinka podgrzanego w piekarniku dla mamy, a dla siebie bierze czekoladę na gorąco w kubku plastikowym. Zawsze to samo! Potem siada razem ze swoja mamą. Niejednokrotnie zamawia drugi raz to samo. Zaprowadza mamę do toalety i po jakiś kilku godzinach opuszczają nasz butik... .
Następnie, niczym bohaterki "Seksu w wielkim mieście" tylko trącone rydwanem czasu, wpadają też 3 inne kobitki. Są to również już raczej babcie aniżeli młódki. Siadają zawsze przy oknie zaraz koło barku z cukrem, mlekiem itd... Zawsze! Nawet jak już ktoś tam siedzi dosiadają się do tej osoby i czekają aż nie wytrzyma i sobie pójdzie... Zamawiają zawsze czekoladę z bita śmietaną i obserwują wszystko i wszystkich. Raz nawet szefowa bandy próbowała mnie przydybać opowieściami o tym kto kradnie papier toaletowy, ale od tego czasu staram się unikać wszelkich interesujących konwersacji z tymi jednak co by nie mówić, miłymi paniami. Bardzo lubię też sympatyczną pyzatą Angielkę, która zawsze bierze tall latte extra doza espresso. Ona lubi chyba wszystkich, bo każdego z nas pyta jak leci i zawsze przychodzi i odchodzi uśmiechnięta. Tak trzymać!
Mam nawet swojego fana (no baaa), odkąd pomogłam klientowi i wymieniłam mu nieelegancko podanego wrapa na nowy. Zapytał mnie czy podam mu swój numer telefonu, bo chciał mi się odwdzięczyć i zaprosić do restauracji. Odmówiłam, ale on dalej mnie lubi... To niski, łysy człowiek. Przychodzi do kawiarni wieczorem. zawsze bierze wrapa i deser. Siada koło baru i się na mnie gapi. Zagaduje. Wiem już np , że ma babcie Polkę. Nawet przytoczył mi kilka słów po polsku. Ponoć sam zgadł że jestem Polką, ale kij go tam wie . W dobie fb wszystko jest możliwe... Nie można jednak odmówić- facet jest uprzejmy.
Przez jakiś czas mieliśmy tez naszego bezdomnego, który wpadał sobie do Starbucksa ze swoją torbą-całym swoim dobytkiem-i prosił o darmowe espresso. Masakra, nie dość że koleś nie ma kasy to jeszcze przychodzi sobie do jednej z najdroższych sieci kaw we Francji i prosi o darmowy napój!? Proszę jacy bezdomni są we Francji! Luksus przede wszystkim... Najlepsze jest to, że ten napoj często dostaje od mojego kierownika zmiany. siada sobie potem w fotelu, wyciąga odtwarzacz CD i oddaje się muzyce. zawsze wyobrażam sobie, że słucha muzyki klasycznej. Wtedy obrazek jest jeszcze bardziej groteskowy. Bezdomny, w Starbucksie, gdzie kawa kosztuje 4 euro (to dużo nawet we Francji), dostaje swoje espresso i jako meloman oddaje swoja duszę operom Mozarta...
Teraz opiszę grupę czy nazwijmy to gatunek klientów.
Azjaci. Są dla mnie ciągle zagadką. Nie mówią w ŻADNYM, ale to żadnym języku oprócz swojego czing czang coś tam. Nie mam zielonego pojęcia jak oni funkcjonują tu we Francji-niektórzy mają ticket restaurant- notesik czeków na określoną sumę, które dostaje niemal każdy zatrudniony we Francji pracownik, co jest wkładem pracodawcy w żywienie pracowników-znaczy to ni mniej ni więcej tylko, że są tutaj na stałe. I jak oni do cholery mogą pracować i żyć we Francji nie umiejąc wyartykułować nawet słowa ani po francusku ani po angielsku????!!!! Najlepsze jest to, że jakimś cudem składają  zamówienie w Starbucksie (mamy trzy etapy: składanie zamówienia, płacenie, odebranie napoju), a kiedy dochodzą do kasy i ja próbuje się dowiedzieć co zamówili spotykam mur ciszy... Pytam: Qu'est-ce que vous avez commandé? Cisza. Pytam więc: What did you order? Cisza. Już lekko zirytowana mówię: 8 Euros please! Nic! Ok pokazuję palcem na kasie 8 euro k****!!! (to ostatnie akurat powtarzam w myślach). Po chwili zadumy i skontaktowaniu się z koleżanką-też niemową stojącą obok-dostaje moje 8 Euro-NARESZCIE!
Co ciekawe Azjaci zawsze dają wyliczoną kwotę pieniędzy i zamawiają niemal zawsze americano- czyli po prostu czarna kawę.
Po zamknięciu, kiedy nie ma już klientów włączmy głośno muzykę i śpiewamy jeszcze głośniej niż za dnia.
Po pracy często idziemy na drinka. Jeśli po zamknięciu zostają straty np kanapki, bagietki, muffinki. Zbieramy je i często po drodze podrzucamy śpiącym na ulicach bezdomnym. Bardzo mi się podoba ten gest moich kolegów z pracy. Uważam to za coś pięknego. nie jest to jakaś wielka pomoc, ale na pewno bardzo miły gest. Ciekawa jestem czy Harold Schultz, twórca Starbucksa, zdaje sobie sprawę z tego ilu ludziom pomaga "na boku" jego wielka korporacja. Pewnie nie ma o tym zielonego pojęcia, a może i lepiej, pewnie zaraz znalazł by się ktoś, kto by to opodatkował...

piątek, 6 stycznia 2012

Tabac

Zdarzyło mi się ostatnio znaleźć o 7 rano w tabacu. Powodem mojej wczesnej wizyty w tym miejscu było spóźnienie kierownika zmiany na otwarcie butiku w którym pracuję, więc aby nie stać na deszczu ruszyłam w stronę pobliskiego tabacu. Tabac to we Francji bardzo popularne miejsce i jak się okazało pełne osobliwości. Dlaczego popularne? To jedyne miejsce, w którym można (legalnie) kupić papierosy, a że we Francji większość ludzi je pali, więc też i tabac odwiedzają tłumy wielbicieli tytoniu. (dlaczego legalnie?-myślę tutaj o sklepach spożywczych, które w nocnych godzinach, już po zamknięciu tabacu, sprzedają Malboro ukryte pod ladą, za niebotyczną cenę 8 Euro! I mają klientów...). 
Usiadłam przy stoliku zaraz przy oknie, aby obserwować kiedy przyjedzie zastępca szefa na otwarcie Starbucksa. Miało to potrwać jakąś godzinę. Zakupiłam więc kawę i wyciągnęłam książkę co by wykorzystać tę chwilę na dokształcenie się z zakresu historii imigracji we Francji. Jednak jak się okazało, nie byłam jedyną osobą, która przyszła tam poczytać. Jak się okazuje przychodziło tam mnóstwo klientów tylko po to, by przy kawie i papierosie poczytać o 6 czy 7 rano (!!) ulubioną książkę! Kiedy weszłam o 7.00, przy stoliku na tarasie, w deszczu, siedział już pewien pan w średnim wieku zaczytany w grubej księdze. Zaraz potem już z książką w ręku przyłącza  się do niego młoda kobieta. Ten sam zestaw: kawa, książka, papierosy. Następnie miejsce tej młodej kobiety w kręconych blond włosach zajęła starsza pani, tym razem tylko z kawą i dziennikiem... Niesamowite! Co oni tam robią o 7 rano, na tarasie tabacu, w deszczu!? Wydaje mi się, że są to osoby, które wpadają tam przed pracą, bo nie wyobrażam sobie, że budzą się o świcie tylko żeby poczytać w oparach dymu papierosowego i w smugach deszczu.
Poznałam też inną kategorię osób niemających nic wspólnego z bukinistami z tarasu. Okazuje się, że istnieją osobistości, które idą do baru o 7 rano, by napić się piwa! I niekoniecznie jeden kufel... 
Kolejna uwaga: barman znał prawie wszystkich gości, co świadczy o tym że nie był to jednostkowy wypad na poczytanie, tylko, że muszą tam przychodzić każdego ranka. Być może nie jest to jakieś niesamowite zjawisko społeczne, ale ja nigdy nie widziałam we Wrocławiu ludzi czytających książki w kawiarniach, a już na pewno nie o tej porze. Uważam jednak, że to piękny zwyczaj. Nawet mi, która była zmuszona tam siedzieć i czekać ta godzina przy porannej lekturze zleciała szybko i sprawiła niemałą przyjemność.
Warto jeszcze wspomnieć, ze tabac we Francji przypomina bary ze starych filmów. Zawsze jest długa lada, często drewniana. Z jednej strony lady sprzedają się papierosy, a na drugim końcu jest bar. Zawsze jest tam dość ciemno. Jest też maszyna do obstawiania lotka. Na ścianie wisi telewizor i drugi ekran z którego można odczytywać wylosowane liczby-gie liczbowych jest tam szeroka oferta i Francuzi grają w nie dość licznie. Stoliki są przy ścianie a zamiast krzeseł często są skórzane kanapy. Nierzadko czerwone. Barman nosi koszulę. Białą. Zagaduje do każdego. Kiedy wchodzi się do tabacu, nie wiem czy to jakaś reguła, ale przy barze ZAWSZE już ktoś stoi i delektuje się zamówionym napojem, czy to kawą czy alkoholem. Jeszcze nigdy nie weszłam do pustego tabacu. Takie zjawisko chyba nie istnieje. Przecież zawsze jest tam ktoś, komu nie udaje się poczytać w domu i pędzi rano do najbliższego tabacu i zasiada na tarasie...