czwartek, 4 grudnia 2014

Maroko - część I - kolory Maroka, krokus i kazba

Dzisiaj zabiorę Was z Francji i wybierzemy się do zupełnie innego miejsca. Miejsca, które bardzo kocham i które niedawno ponownie odwiedziłam, a mianowicie zabieram Was dziś do Maroka. Wiem, że to blog o Francji i pewnie niektórzy z Was skończą czytanie tego wpisu na pierwszym zdaniu, ale to też mój blog, a warto wiedzieć, że ja jestem zapasjonowana kulturą orientalną i byłabym bardzo nieszczęśliwa gdybym nie mogła trochę poopowiadać o Maroku :) Zresztą w te zimne dni warto przenieść się do tego słonecznego kraju.

sobota, 11 października 2014

Louis Vuitton

Butik Louis Vuitton'a w Paryżu na Champs Elysées

Ostatnio w moje ręce wpadł mi nowy magazyn "English matters" wydanie specjalne o modzie pt. "FASHION". Tak jak ostatnio pisałam to czasopismo do nauki języka angielskiego jest rewelacyjne i ciągle na wysokim poziomie. 
Mnie zainspirował jeden z artykułów dotyczący postaci Louis Vuittona. Przyznam, że od jakiegoś czasu zastanawiam się, czy nie warto zrobić serii kilku wpisów o znanych Francuzach czy francuskich gwiazdach i osobistościach i oto nadarzyła się okazja. Dziś będzie zatem parę słów o Louis Vuittonie czyli twórcy bardzo znanych torebek.

wtorek, 30 września 2014

LOURDES

Rankiem 11 lutego 1858 roku trzy dziewczynki wyszły z domu w poszukiwaniu drewna na opał- dwie siostry Bernadette i Toinette Soubirous i ich koleżanka Jeanne Abadie. Wszystkie trzy pochodziły z bardzo ubogich rodzin. Kiedy dotarły do miejsca zwanego Massabielle, 14-letnia Bernadette miała wizję. Zobaczyła "Matkę Boską" tuż nad grotą. Do 16 lipca, fenomen ten powtórzył się jeszcze 17 razy. 
Tak zaczęła się historia Bernadette, dzięki której Lourdes jest dzisiaj tak sławnym miastem w południowej Francji...

wtorek, 16 września 2014

La rentrée 2014 i książka Valérie Trierweiler


Wydaje mi się, że już kiedyś pisałam o tym, że Francuzi nie żyją według roku kalendarzowego, ale że pozostają ciągle w rytmice roku szkolnego. Z tego też powodu we Francji powrót z wakacji i rozpoczęcie roku szkolnego we wrzeniu jest ogromnym wydarzeniem. "La rentrée" czyli ten "nowy początek" nie jest znaczący tylko dla uczniów szkolnych, ale dla każdego przeciętnego Francuza. W sumie nie jest to zupełnie bezpodstawne, ponieważ w sierpniu życie we Francji zamiera, a szczególnie odczuwa się to w mniejszych i średnich miastach. W Paryżu faktycznie się o tym mówiło, ale np fakt zamknięcia jednej knajpki czy baru nie był dla mnie jakiś szczególnie szokujący, ponieważ w stolicy jest ich setki czy tysiące i zawsze mogłam znaleźć "miejsce zastępcze". W Tuluzie natomiast dość boleśnie odczułam zamknięcie moich ulubionych miejsc/barów/restauracji, bo kiedy szukałam alternatywy, inne miejsca też były pozamykane! Trzeba zatem pamiętać, że jeśli wybieracie się na wakacje do Francji w sierpniu i do niekoniecznie turystycznego miejsca, to możecie znaleźć się w sytuacji, w której wszystkie restauracje czy kawiarnie będą pozamykane przez cały miesiąc, a wy będziecie zdani na tych kilka, które zdecydowały się pojechać na wakacje w lipcu i w sierpniu są otwarte, bądź na wiecznie otwarte ... kebaby! (Wiadomo, że ten typ fastfoodów funkcjonuje o każdej porze dnia, nocy i roku...). 
W tym roku odkryłam również, że la rentrée nie jest jedynie tematem rozmów pracowników i znajomych ale, że mówi o tym KAŻDY i słychać o tym wszędzie! Poszłam na mszę- ksiądz mówił, że wita nas na rentrée i że cieszy się, że wróciliśmy (jakby ktoś miał wybór i mógł nie wrócić z urlopu..). Włączyłam telewizor, a tam wszystkie dzienniki dzielnie przekazywały nagrania z powrotu polityków do pracy. Nawet w przemyśle księgarskim, wielu autorów wydaje książki dopiero we wrześniu, by ich dzieła otrzymały wyróżnienie w postaci opaski na książkę z napisem "la rentrée 2014". Oczywiście wszyscy, zarówno, ksiądz, politycy i autorzy mówią o tym jak to jest ciężko wrócić do pracy. Jakie to jest bolesne ale i nieuniknione. I tak... co roku. Ach i żebym nie zapomniała, nawet jeśli na wakacjach nie byliście, bo albo ich nie macie, albo jedziecie gdzieś w październiku czy nawet później, rozmowy o ciężkiej la rentrée Was obowiązują. Natomiast jeśli wrócicie potem z waszych późniejszych wakacji, nikogo nie będzie interesowało czy ciężko się wam ponownie zabrać do pracy. Po prostu nie wbiliście się w kalendarz à la française i tyle.

                                               Valérie Trierweiler

Co do tematu książek, to największym hitem tegorocznej  rentrée w księgarniach była książka Valérie Trierweiler (nazwisko absolutnie niemożliwe do wymówienia, nawet dla Francuzów), byłej partnerki obecnego prezydenta Francji François Hollande, pt "Merci pour ce moment" (tłum. Dziękuję za te chwilę/moment). W książce tej była pierwsza dama, chcąc chyba zemścić się za głośną zdradę prezydenta z blond aktorką, opisała urzędującego jeszcze przecież polityka jako chamskiego buca, który nienawidzi ludzi biednych i często sobie z nich pokpiwa. Miałby nawet nazywać ich "sans-dents", czyli bezzębni... Lektura ta wywołała wiele kontrowersji w świecie literackim, ale głownie w politycznym. I mimo, że książka ma opowiadać o życiu pani Trierweiler w Pałacu Elizejskim, prasa i ludzie zatrzymali się na tych kilku "najgorętszych" cytatach, które wyrażają się dość niepochlebnie o prezydencie François Hollande. Sam prezydent odpowiedział na te zarzuty na konferencji prasowej, mówiąc , że nieprawdą jest iż gardzi ludźmi biednymi argumentując to pochodzeniem z ubogiej rodziny... Co do samej autorki to wielu polityków zarzuciło jej brak klasy i to, że nie powinna dzielić się tak intymnymi wspomnieniami ze światem. Wielu zarzekło się też, że książki nie przeczyta - w to akurat nie wierzę. Czy pomysł pani Valérie Trierweiler był trafny czy nie, nie mnie to oceniać, w każdym razie z ekonomicznego punktu widzenia był, ponieważ po niecałych dwóch tygodniach od wyjścia książka sprzedała się w 145 000 egzemplarzy, co przy cenie 20€ za sztukę miałoby jej przynieść zysk wysokości 1 miliona euro. Ktoś jednak tę książkę czyta...

Mały wtręt do posta o skrótach: Jeśli chcecie zamówić piwo Desperados w barze we Francji, musicie poprosić o "Despe". Dodanie "rados" sprawia, że wyraz przekracza ilość sylab, którą może strawić przeciętna Żaba :)


piątek, 12 września 2014

RECENZJA e-booków Colorfulmedia


Dzisiaj wpis trochę inny i nietypowy, bo zrobię recenzję e-booków. 
Tym razem dostały się w moje łapki trzy e-booki wydawnictwa Colorfulmedia. Tematyka wydaje mi się ciekawa dla każdego, bo poczytałam sobie o body language i o technikach manipulacji. Przejrzałam także książkę, która może przydać się każdemu kto chciałby startować do programów Unii Europejskiej, które proponują staże i praktyki, ale wyjaśniam wszystko po kolei. 
E-booki, które dane mi było poczytać i ocenić to dwie książki z serii Business English: "Body Language" i "Manipulation Techniques" oraz jedna książka o tym jak założyć Agencję public relations. Opowiem krótko o każdej z nich i przedstawię Wam moją opinię.  
Manipulation Techniques 
Wydanie całe po angielsku. Jest to książka dla osób, które już dobrze radzą sobie z językiem angielskim, które chciałyby poszerzyć swoje słownictwo i jednocześnie chętnie dowiedziałyby się czegoś nowego o tematyce manipulacji. Nie jest to zbity tekst opisujący wszelakie sposoby manipulowania ludźmi. Wydawnictwo przyjęło bardzo przejrzystą formę tabelek. Tabelki są podzielone tematycznie. Każda tabelka reprezentuje jedną grupę technik manipulacji i stanowi swego rodzaju rozdział. Tak więc mamy tabelki o: strategiach wzajemności, powiązania, społecznego poparcia etc. Ale co jest w samej tabelce? Tabelki podzielone są na trzy kolumny. W pierwszej kolumnie jest słowo po angielsku, które jest jednocześnie nazwą jednej z technik manipulacji, następnie dokładne wyjaśnienie jak działa ta technika (po angielsku), a w ostatniej kolumnie znajduje się polskie tłumaczenie słowa. Dzięki temu treść jest łatwa w odbiorze. Poza tym opisane metody manipulowania są bardzo ciekawe. Z częścią się już spotkałam, a część była dla mnie nowością. Książka podzielona jest na mini rozdziałów/rodzajów manipulacji, a w każdym z nich wymienionych jest kilka technik. Na końcu książki są też triki jak uniknąć bycia manipulowanym.

moja opinia: Ta książka naprawdę mi się spodobała i uważam je za ciekawe narzędzie dla osób, które są zainteresowane tą tematyką i które chciałyby poszerzyć swoje słownictwo. Techniki są opisane naprawdę przystępnie i jeśli ktoś faktycznie ma w planach np. zdobywanie nowych klientów (do tego również służą  techniki manipulacji) i posługuje się sprawnie językiem angielskim, to powinien zapoznać się z tą pozycją. Nie jest gruba, bo liczy 16 stron, a i jej cena jest naprawdę atrakcyjna. (około 8zł). Bardzo ucieszyłabym się gdyby coś takiego zostało wydane również po francusku!
Body Language
 Kolejna książka wydana po angielsku, tym razem o języku ciała. Również jest przedstawiona w formie tabelek trzy kolumnowych. W pierwszej kolumnie znajduje się słowo po angielsku, w drugiej definicja tego słowa (po angielsku), a w trzeciej polskie tłumaczenie. Ta pozycja również nadaje się dla osób które już dość dobrze mówią po angielsku, ale wydaje mi się, ze nawet osoby ze średnim poziomem mogą już po nie sięgnąć. Znajdziecie tam mnóstwo zwrotów opisujących gesty jak np: skinąć na kogoś, mrugnąć, pochylać się, wyginać w łuk, spleść dłonie, kucać etc..  Krótko mówiąc znajdziecie tam mnóstwo nowego słownictwa podanego w wygodnej formie tabelek. Jedyne na czym się zawiodłam w przypadku tej pozycji to to, że po tytule "Body language" oczekiwałam (tak jak w wypadku technik manipulacji) faktycznego wyjaśnienia, co dany gest może oznaczać z punktu widzenia psychologii, a nie tylko definicję słowa. Jeśli jednak celem było tylko podanie znaczeń, fajnie by było gdyby do każdego słowa były dodane jakieś przykłady. Ja nazwałabym go bardziej mini-słowniczkiem.

moja opinia: Jest to przydatna książka dla osób, które chcą poszerzyć słownictwo. Forma tabelek jest bardzo praktyczna i łatwa do przyswojenia. Sporej ilości słów nie znałam i cieszę się, że wreszcie się ich nauczyłam! Podobnie jak poprzednia książka jest ona o przystępnej cenie. Nie jest to natomiast poradnik opisujący język ciała, ale bardziej poszerzenie podręcznika języka angielskiego czy słowniczek. Jeśli miałabym wybierać między "Body language" a "Manipulation techniques" z pewnością wybrałabym "Manipulation techniques".
Agencja public relations
Można by pomyśleć, po co ja w ogóle daje tutaj recenzję jakiejś książki o tworzeniu agencji PR. Już wszystko wyjaśniam. Otóż zanim wyjechałam do Tuluzy jako wolontariuszka EVS, szukałam sposobu by wydostać się wreszcie z Paryża. Ktoś podał mi stronę projektu finansowanego przez Unię Europejską dzięki któremu mogłabym wyjechać na półroczny staż. Chodziło o program  "Erasmus dla młodych przedsiębiorców". Aby móc uczestniczyć w tym programie, jednym z warunków było stworzenie profesjonalnego business planu. nie muszę chyba wspominać jaką katorgą jest to dla kogoś, kto nigdy czegoś takiego nie robił. Poza tym znalezienie potrzebnych danych liczbowych nie jest takie proste jak by się mogło wydawać. I tutaj zapraszamy  na scenę książkę "Agencja public relations". Ja akurat próbowałam stworzyć business plan właśnie takiej agencji i gdybym miała tę książkę, byłoby to o wiele prostsze! Książka w bardzo prosty i konkretny sposób wyjaśnia krok po kroku jak założyć taką agencję, co będzie nam potrzebne, kogo zatrudnić, jak wygląda rynek polski etc. Oczywiście w ofercie Colorfulmedia możecie znaleźć książki opisujące jak założyć inny biznes, taki jak bar, szkołę tańca, agencję turystyczną, gazetę etc. Oferta jest naprawdę spora. Jeśli zatem chcecie uczestniczyć w podobnym programie europejskim, albo po prostu chcecie otworzyć swój biznes i nie wiecie jak to zrobić, ta książka będzie jak znalazł!
moja opinia: Naprawdę ciekawa i co najważniejsze pełna praktycznej wiedzy książka. Jeśli macie jakiś mglisty pomysł na wasz biznes i nie jesteście pewni czy warto spróbować, ta pozycja na pewno rozwieje Wasze wątpliwości.

Gdzie kupić:
Książki wydawnictwa Colorfulmedia znajdziecie na:
W najbliższym czasie będzie można również zakupić e-booki na stronie www.colorfulbooks.pl


Strona gdzie można poczytać o programach finansowanych przez UE o których mówiłam:
http://www.dotacjeue.org.pl/
http://www.rig.katowice.pl/
http://www.kongresmsp.eu/pl/

środa, 20 sierpnia 2014

Carcassonne, Albi i Toulouse-Lautrec


Wiem, że znowu gdzieś się zapodziałam, ale tym razem powodem była wizyta mojej rodziny i liczne podróże po regionie (i nie tylko!) o których chcę właśnie opowiedzieć.

O samej Tuluzie nie będę pisała (ale kiedyś to jeszcze nastąpi), ale dzisiaj o regionie Midi-Pyrénées w którym mieszkam i który wreszcie trochę pozwiedzałam w te wakacje! A jest co zwiedzać, bo ten region południowej Francji jest naprawdę przepiękny i wart zobaczenia. Nie jest też tak bardzo znanym w Polsce regionem. Nie będę Was zanudzać historycznymi ciekawostkami, ale potraktuję ten wpis bardziej jak artykuł z serii "warto zobaczyć, co gdzie i jak". Zaczynamy!

CARCASSONNE
Carcassonne (czyt. Karkason) jest pięknym miasteczkiem i chyba najbardziej znanym na południowej Francji. (kiedy mówię południowej Francji, nie chodzi mi o Lazurowe Wybrzeże, które znane jest na pewno bardziej). O Cité- czyli warownym mieście przywodzącym na myśl rycerzy i "dawne czasy" słyszeli chyba wszyscy, a ja sama chciałam je zwiedzić już od dawna. Cité znajduje się na liście światowego dziedzictwa UNESCO, więc nie jest to byle jaki zameczek. Do samego Carcassonne z Tuluzy dostać się łatwo- są pociągi i blablacar. Jeśli chodzi o warowne miasteczko to naprawdę robi wrażenie. Ten XII wieczny zamek jest pięknie zakonserwowany i zrekonstruowany. Wizyta kosztuje 8,50 Euro, a jeśli macie mniej niż 26 lat wchodzicie za darmo. Generalnie samego zwiedzania nie ma dużo, wchodzi się przez mury obronne do "miasteczka", zwiedza podwójne mury, kilka pomieszczeń i samo miasteczko wewnątrz. Zwiedzania jest na 1,5 godziny. "Miasteczko" są to liczne sklepiki z pamiątkami i lokalnymi produktami- w tym mnóstwo lawendy, wyrobów koronkowych i mydełek marsylskich ("savon de Marseille" to mydło - coś jak nasze polskie szare mydło, ale cudnie pachnące i bardzo zdrowe do mycia skóry). Sklepiki są w "stylu średniowiecznym": z kamienia, malutkie drzwi i okna- wygląda to naprawdę uroczo. Możemy poczuć się jakbyśmy podróżowali w czasie i przenieśli do średniowiecznej osady. Są też liczne kafejki i restauracje. Naprawdę polecam to miejsce, ale planując wycieczkę do Carcassonne nie warto rezerwować całego dnia, ale maksymalnie 4 godziny, ponieważ poza fortecą nic w tym miasteczku nie ma. Chyba, że ktoś planuje długie spacery i napawanie się tym zabytkiem godzinami...

ALBI
Albi było to dla mnie wielkie pozytywne zaskoczenie. To małe 50 000 miasteczko na północny-wschód od Tuluzy. Wydawałoby się, że nic tam ciekawego nie ma- a jednak! Najważniejszym chyba zabytkiem w tym pięknym miasteczku jest Katedra Św Cecylii, która w środku jest całkowicie pokryta malowidłami ściennymi. Musze przyznać, że nie jestem jakaś wielką fanką zwiedzania kościołów, ale ta katedra zrobiła na mnie OGROMNE wrażenie. (Od razu mówię, że zdjęcia w ogóle nie oddają piękna tej katedry) To jeden z najpiękniejszych kościołów na świecie jak widziałam (a trochę ich już widziałam ;)) Z zewnątrz majestatyczna i dość prosta, zbudowana z wyblakłej cegły, w środku powala na kolana. Spędziłam tam ponad godzinę, ponieważ po pierwsze kościół jest tak wielki , a po drugie za 2 Euro można zwiedzić go z audioguidem (polecam, bo bez niego wiele stracicie), który wyjaśnia historię katedry jak i malowidła i rzeźby się w nim znajdujące. Jeśli jesteście w regionie, naprawdę warto zajrzeć do Albi a szczególnie do tej katedry. Osobiście uważam ją za o wiele piękniejsza od Notre-Dame w Paryżu, ale ostrzegam, że nie wolno tego mówić Francuzom, bo mi się już niestety wymsknęło kiedy rozmawiałam z jedną Żabą. Wydawało mi się zresztą, że podziela moje zdanie, bo również zachwycała się ta budowlą, ale jeśli chodzi o sławetne Notre-Dame de Paris, to zawsze po słowach krytyki dotyczących tej dumy Francji jest chwila ciszy, następnie pojawia się pochmurna mina i słowa: "em.... je ne sais pas Notre-Dame est une belle cathédrale, c'est autre chose... " (tłum. emm.... no nie wiem, Notre Dame jest piękną katedrą, to zupełnie co innego....). W każdym razie wracając do tematu na ten kościół trzeba przeznaczyć minimum godzinę, wejście i zwiedzanie jest za darmo, ale żeby zwiedzić cały kościół (jest część płatna) trzeba dorzucić 2 Euro, w tym jest audioguide, mapka i opis.

Poza katedrą warto pokusić się o odwiedzenie muzeum Toulouse-Lautrec'a. Znajduje się tuż obok katedry (tak samo jak biuro informacji turystycznej, które daje nam piękne mapki za darmo). Ja bardzo lubię tego artystę. Zresztą każdy kto był w Paryżu, szczegolnie na Montmartre pewnie widział kątem oka reprodukcje jego plakatów, w tym chyba najsłynniejszego "reklamującego" Moulin Rouge. To niesamowicie ciekawa postać, która na zawsze zmieniła podejście do grafiki plakatu. Ten niski człowiek (w dzieciństwie złamał obie nogi, które z powodu defektu genetycznego przestały rosnąć i w efekcie mierzył tylko 1,5m) był znany w całym Montmartre, a szczegolnie w wielkich paryskich kabaretach  (Moulin Rouge, Le Chat Noir) i ... w burdelach. Zresztą jako jedyny ówczesny malarz przedstawiał na swoich obrazach i litografiach życie prostytutek i jak to wyglądały XIX wieczne paryskie domy rozkoszy. Przedstawiał to w bardzo estetyczny i niewulgarny sposób. Zmarł młodo w wieku 36 lat, ale kiedy wejdziecie do muzeum będziecie pod wrażeniem ilości prac jakie można tam obejrzeć! Ten malarz i grafik był naprawdę płodnym artystą! Muzeum jest bardzo ładne, odnowione, nowoczesne, opisy po francuski, angielsku i hiszpańsku. Dla mnie była to uczta dla oczu i naprawdę wiele się o Toulouse-Lautrec'u dowiedziałam, tym bardziej, że to muzeum ma największą kolekcję jego dzieł, co jest jak najbardziej zrozumiałe, gdyż w Albi się urodził.

Ja w Albi zwiedziłam tylko te dwa miejsca, ponieważ potem ruszyłam na dalsze zwiedzanie, ale myślę, że na to miasteczko można poświecić cały dzień. Ponoć warto odwiedzić też muzeum Lapérouse - XVIII wiecznego marynarza i odkrywcy francuskiego i muzeum mody. Samo miasteczko tez jest bardzo ładne.
Jeśli Was to zainteresowało, w nastepnym wpisie opowiem o dalszych regionalnych skarbach.
Na zdjęciach Katedra Św. Cecylii i jeden z obrazów Toulouse-Lautrec'a pokazujący życie w burdelu. W nagłówku zdjęcie plakatu Toulouse-Latrec'a - "reklama" Moulin Rouge.






sobota, 2 sierpnia 2014

Coś ciekawego do nauki języka!



Dzisiaj dość nietypowy post, bo chciałabym przedstawić moja recenzję magazynów do nauki języków obcych wydawnictwa Colorfulmedia. Jako, że jest to blog o Francji, powiem głównie o magazynie do nauki francuskiego "Français présent", ale opowiem również o dwóch innych, które miałam okazję przeczytać -"Espanol gracias"-do nauki hiszpańskiego oraz "English matters"- do nauki angielskiego. 
Pierwszy raz spotkałam się z tego typu metodą nauki języka i powiem szczerze, że jestem zachwycona i bardzo pozytywnie zaskoczona! "Français présent" to naprawdę świetny pomysł dla osób, które chciałyby popracować nad poziomem swojego francuskiego i poszerzyć słownictwo. Ale zacznijmy od początku. 

WYDANIE
Czasopisma są ładnie wydane, na przyjemnym papierze, a ich grubość to około 30 stron co odpowiada około 11 artykułom. Magazyny wydawane przez Colorfulmedia to czasopisma w których znajdziecie wiele bardzo ciekawych artykułów z dziedziny kultury, polityki, historii i aktualności. Napisane są bardzo ładną francuszczyzną (jeśli chodzi o dwa pozostałe oczywiście to oczywiście są po angielsku i hiszpańsku). 
 Szczerze przyznam, że podchodziłam do nich z dystansem, ale jak tylko dorwałam się do czasopisma przeczytałam je od deski do deski, bo artykuły są naprawdę ciekawe! Nauka języka ma się odbywać poniekąd "przy okazji". Wszystkie artykuły są  po francusku (angielsku-"English matters" i hiszpańsku -"Espanol gracias" ). Trudniejsze słówka są wytłuszczone kolorem i wytłumaczone na tej samej stronie, co bardzo ułatwia przyswajanie tekstu, bo nie musicie szukać ich gdzieś w przypisach czy na końcu czasopisma. 

Jeśli chodzi o mnie to francuskim władam biegle, ale znalazło się kilka słów i wyrażeń, których nie znałam i dzięki lekturze mogłam się ich nauczyć. Trudniejsze słowa pojawiają się kilkakrotnie w tekście więc zapamiętanie ich nie powinno być problemem. Co do angielskiego, to mam poziom średniozaawansowany. Z tekstami radziłam sobie śmiało, a co ciekawe słówka których nie znałam, były to właśnie te wytłumaczone przez redaktora. Jeśli chodzi o "Espanol gracias", to uczę się hiszpańskiego od pól roku i faktycznie na teksty musiałam poświęcić o wiele więcej czasu niż w dwóch pozostałych przypadkach, oraz ciągle zaglądałam w słowniczek przy tekście. Było to dla mnie dość trudne.  

Powiedziałabym zatem, że te magazyny są dla osób, które mają poziom średniozaawansowany i zaawansowany- tak by można czerpać przyjemność z czytania, a jednocześnie poznawać nowe słówka i zwroty i się nie nudzić.

TEMATYKA ARTYKUŁÓW
Tematyka jest bardzo różnorodna i aktualna - każdy znajdzie coś dla siebie. Nie są to też tłumaczenia tych samych artykułów, ale każdy "język" ma zupełnie inną tematykę.

W "Français présent" możemy zatem poczytać o wyborach municypalnych we Francji, architekturze miast pikardyjskich, słynnym francuskim artyście street artu JR, historii rzeźby Wenus z Milo czy o tańcu pole dance!

W "English matters" możemy zagłębić się w tematykę tatuaży, dowiedzieć się czegoś o piosenkarce Lorde (i przestudiować jej teksty), przestudiować tajemnice inteligencji i dowiedzieć się od czego zależy IQ, czy "zwiedzić" Maltę.

"Espanol gracias" daje nam okazję dowiedzieć się skąd pochodzi zwrot "OK" czy słowo "kangur". Poczytamy też o kryzysie dyplomatycznym między Hiszpanią a Argentyną, Adolfo Suarezie, cyrku El Circo del Sol czy odkryjemy tajemnice Chile.

Tak różnorodna tematyka artykułów pozwala poszerzać słownictwo z wielu dziedzin. 


MP3
Oprócz tego, że możemy artykuły poczytać, to możemy ich również posłuchać. Do znakomitej częściej artykułów stworzono bowiem nagrania mp3, czytane przez native speakerów. Jak to działa? Przy każdym artykule, do którego jest stworzone nagranie jest ikonka z podaną stroną internetową i kodem dostępu do mp3. Można albo odsłuchać lekturę na stronie albo ją ściągnąć i odsłuchać później. Jest to na pewno pomocne przy nauce odpowiedniej intonacji i akcentu, a także gdy poznajemy nowe słówka, których wymowy nie znamy.

OGÓLNA OCENA
Polecam! Uważam, że jeżeli ktoś jest zainteresowany nauką języka i jednocześnie kulturą kraju, to jest to coś czym warto się zainteresować. Magazyny pozwalają nam poznać wiele słówek, zwrotów nawet osobom z poziomem zaawansowanym. Słówka podane są z rodzajnikami, a zwroty w bezokolicznikach. Tematyka jest różnorodna, a styl pisania łatwo przyswajalny. Nie są to teksty banalne czy "zbyt proste" bo i osoby średniozaawansowane i zaawansowane będą czerpały przyjemność i naukę z czytania. Artykuły opatrzone są licznymi zdjęciami co uprzyjemnia lekturę. Dodatkowo mamy nagrania mp3, które pozwolą nam popracować nad wymową. Dla mnie była to czysta przyjemność i bardzo się cieszę, że mogę wystawić tak pochlebną recenzję.
Co więcej, aby moja recenzja była naprawdę obiektywna, jeden z magazynów dałam do poczytania Francuzce z którą mieszkam (która na dodatek jest nauczycielką języka włoskiego). Powiedziała mi, że nie ma nic do zarzucenia. Język, którym napisane są artykuły to język wiodący (a nie jak często niektóre teksty ze szkolnych podręczników, które promują starodawne zwroty), artykuły były dla niej bardzo ciekawe i aktualne, a wydanie jej się podobało. Powiedziała " C'est vraiment bien fait!" (tłum. To naprawdę dobrze zrobione). Nic dodać nic ująć.

GDZIE MOŻNA KUPIĆ
Magazyny mozna kupic w Inmedia, Relay, Empiku, Kolporterze czy w Ruchu. Są więc łatwo dostępne.
Istnieją wydania w języku francuskim, angielskich, hiszpańskim, włoskim, niemieckim i rosyjskim. Są to kwartalniki. Ja w tym artykule zrobiłam recenzję numerów lipiec-wrzesień ("Français présent" i "Espanol gracias") oraz lipiec-sierpień dla "English matters".

Same wydawnictwo Colorfulmedia ma wiele innych ciekawych propozycji- (sporo audiobooków nie tylko do nauki języka ale nawet o zakładaniu firmy czy projektowaniu stron) więc zainteresowanych zapraszam na stronę: 
http://www.colorfulmedia.pl/produkty,pl,press.html

środa, 9 lipca 2014

Tłumik, który się urywa i niewiarygodna historia ...




Rzadko się nudzę. W ostatnia niedzielę natomiast Malo się z nudów nie złamałam. Pogoda nie dopisała i w rezultacie byłam zmuszona zostać cały dzień w domu. Chciałam coś napisać, ale brakowało mi inspiracji. Pod koniec dnia już nie dałam rady i zadzwoniłam do koleżanki i zaproponowałam byśmy wyszły potańczyć do naszego ulubionego klubu salsy… 

Koleżanka z chęcią się zgodziła i o 22h30 podjechała po mnie samochodem. Ruszyłyśmy w drogę, ale nie spodziewałyśmy się przygód jakie na nas czekały tego wieczoru! Po 10 minutach jazdy usłyszałyśmy ogromny huk, od razu pomyślałyśmy, że to tłumik. Zatrzymałyśmy się jak najszybciej, tuż przy dworcu głównym Matabiau, by sprawdzić co w ogóle się stało. Faktycznie zerwał się jeden pasek od tłumika a że drugi ciągle trzymał wlokłyśmy ten tłumik ze sobą… Jak się szybko okazało, nie byłyśmy jedynymi osobami zainteresowanymi stanem samochodu koleżanki, bo w mgnieniu oka otoczyło nas trzech Albańczyków lub Armeńczyków, którzy mówiąc  częściowo po francusku, częściowo w ich tajemniczym języku (przepraszam, ale naprawdę się panowie nie przedstawili. Wiem tylko, że tego języka nie znam i że wyglądali na ludzi z Bałkan…) zaproponowali nam pomoc. Szczerze mówiąc nie byłyśmy zbyt przekonane i nie chciałyśmy zaakceptować ich propozycji, ale czy tego chciałyśmy czy nie jeden z nich rzucił się pod samochód i parząc sobie ręce przymocował tłumik z powrotem. Podziękowałyśmy, ale jak tylko chciałyśmy odjechać, pan-mechanik prosi nas o 35 Euro. Odmówiłyśmy. 20 Euro. Odmówiłyśmy ponownie! Widząc jego brudne i poparzone ręce, dałam mu chusteczkę, by sobie te ręce wytarł. W pierwszej chwili pomyślał, że daje mu pieniądze, ale gdy po sekundzie zrozumiał, że to tylko chusteczka, przyjął ją ale z niezadowoleniem w oczach… Skorzystałyśmy z sytuacji i szybko ruszyłyśmy ponownie. 

Po 10 metrach - boum! Tłumik oderwał się ponownie. Przejechałyśmy skrzyżowanie i zatrzymałyśmy się niedaleko przystanku autobusowego. No tutaj nie było żadnych Albańczyków-mechaników, była natomiast prostytutka… (fakt, jeszcze o tym nie wspominałam, ale w Tuluzie jest niesamowicie dużo prostytutek. Są wszędzie a w niektórych miejscach stoją już nawet za dnia! Kryzys…). Przywitałyśmy tę panią, której szorty były znacznie krótsze od moich majtek i zajęłyśmy się oglądaniem strat. Tłumik znowu ciągnął się po ziemi… Obdzwoniłyśmy wszystkich znanych nam facetów i jak to bywa albo nie odbierali, albo nie mogli przyjechać, no generalnie zostałyśmy na lodzie z prostytutką w tle … Koleżanka zadzwoniła do swojego taty, by zapytać co mamy robić, on polecił nam: „Odczepcie zupełnie tłumik, to łatwe”.  Próbowałyśmy wcielić w życie tę radę ale na marne… tłumik ani drgnął.
Po chwili pani wykonująca najstarszy zawód świata podeszła do nas i powiedziała, że może zawołać swojego chłopaka i że on nam pomoże.W tym momencie zza krzaków wychodzi niski, puszysty pan, w szortach do kolan i japonkach - prawdziwy alfons! Uśmiechnął się i położył pod maską próbując zdjąć tłumik na dobre. Męczył się chyba z pół godziny, ale nawet przy pomocy miniaturowego nożyka (jedyne narzędzie jakie udało się nam znaleźć) nie udało mu się przeciąć tego grubego gumowego paska… . Co jakiś czas prostytutka podchodziła i dla żartu kopała alfonsa nogą, a to w tyłek, a to w plecy. 
Ja modliłam się tylko, żeby mnie przypadkiem ktoś nie wziął za prostytutkę i się nie zatrzymał. Jak by nie było jestem jak to się mówi we Francji „dziewczyną ze Wschodu”, blondynką, byłam też w szortach, niedaleko dworca głównego, no i miałam obok alfonsa i prostytutkę…
Na szczęście czy nieszczęście nikt się nie zatrzymał ani żeby rozkręcić biznes pani, ani żeby nam pomóc.

Postanowiłyśmy zadzwonić zatem do właściciela klubu, do którego się wybierałyśmy, a który jest naszym przyjacielem. Chciałyśmy poprosić, żeby przynajmniej przywiózł nam jakiś ostry nóż lub nożyczki.. Odebrał telefon od mojej koleżanki, wysłuchał co się stało i odpowiedział z kubańskim akcentem: „Amore de mi Vida. Przybywam!”. I faktycznie, wszystko rzucił i za 15 minut był już pod tym samym przystankiem co my. Kiedy tylko wysiadł, zapytałyśmy go czy przywiózł nam noże. Wrócił do samochodu i wyjął 2 ogromne noże (jeden do chleba, drugi jakiś tasak do mięsa) i jedną parę nożyczek do mięsa. Zaczął nimi machać przed prostytutką, cały uradowany, że może nam pomóc. Kobieta musiała się trochę wystraszyć bo  aż się cofnęła o 3 kroki w tył. 
Alfons ponownie rzucił się pod samochód, by wreszcie odciąć ten tłumik! 
Pod koniec scena była naprawdę komiczna: Alfons w japonkach leżący pod samochodem i odcinający pasek od tłumika nożem do chleba. Właściciel klubu salsy, tuż obok alfonsa, zaglądający pod samochód. Ja z koleżanką, która by dodać otuchy alfonsowi śpiewała, a że on nie chciał nam powiedzieć jak się nazywa, to słowa otuchy brzmiały:  „Dalej jakiś tam, dalej jakiś tam!”. I oczywiście prostytutka, która krążyła wokół nas…
Wreszcie się udało! Po ponad godzinie tłumik został odczepiony! Schowałyśmy go do bagażnika. Ja dałam chusteczki alfonsowi by wytarł swoje ręce. Podziękowałyśmy i odjechałyśmy by wreszcie potańczyć salsę. Tego wieczoru jednak byłyśmy już tak zmęczone, że zostałyśmy tylko chwilę, a po półtorej godziny każda z nas była w swoim łóżku. No ale ja znalazłam inspirację!

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Francja-kraj w którym każdy ma przewisko i każdy charczy

Coś o imionach.

Już kiedyś pisałam chyba o różnych zwrotach grzecznościowych we Francji, ale ostatnio stwierdziłam, że jest oprócz tego, że są dość nagminne jest coś jeszcze. Chodzi mi o to, że wydaje mi się, że we Francji ludzie o wiele częściej używają imion kiedy zwracają się do kogoś. Oczywiście w Polsce jak z kimś rozmawiamy to używamy imienia tej osoby, ale we Francji robi się to chyba częściej. Np kiedy wysyłamy sms do kogoś w Polsce to raczej chyba nie piszemy: "Cześć Robert co u Ciebie?". Wydaje mi się, że mamy tendencję raczej by powiedzieć: Cześć co u Ciebie? Natomiast we Francji bardzo często wysyłając wiadomość ludzie do mnie piszą: Coucou Natalia, Ca va Natalia? Nie wiem czy mam rację, ale zwracam na to uwagę, ponieważ ja mam bardzo duży problem z zapamiętywaniem imion i faktycznie to częste zwracanie się do ludzi po imieniu jest dla mnie nie tylko trudnością ale i nowością. Czekam na Wasze opinie bo już nie wiem czy zwariowałam czy faktycznie tak jest.

Coś o przezwiskach.
Tak jak co do tego, że Francuzi używają imion częściej niż w Polsce mam pewne wątpliwości, tak nie mam ich co do tego, że oni uwielbiają przezwiska i skróty odimienne. Nie cierpię tego, bo już nie raz ludzie wymyślili mi jakiś kosmiczny skrót z którym w ogóle się nie utożsamiałam, ale oni uparcie chcieli skrócić moje i tak niedługie imię. Wydaje mi się, że przezwisko powinno mieć jakąś historię lub być związane z konkretną sytuacja, często zabawną-we Francji niekoniecznie. Kiedy natomiast prosiłam znajomych by mnie tak nie nazywali, często się nawet obrażali! Oczywiście są w Polsce imiona od których tworzy się łatwo skróty, ale my częściej używamy zdrobnień. W języku francuskim zdrobnienia zrobić trochę trudniej i tak zamiast tego są juz utarte "przezwiska". Tak więc zamiast nazywać kogoś Yohan będziemy mówili na niego Yoyo, Iwona-Iona lub też Yoyo lub Youyou, zamiast Jean-Baptiste raczej powiemy J-B (czytać: ŻiBe), zamiast Jean-Philippe- J-P, zamiast Laurent jest Lolo. We Francji jest to bardzo naturalne, mi przychodzi jednak z trudnością. Nie dość, że z wielkim wysiłkiem człowiek nauczy się i zapamięta te wszystkie imiona (sarkazm), to zaraz każą mu zmienić koncepcję i używać tych milusińskich skrótów! Ostatnio zdarzyło mi się, że koleżanka zaczęła mi nawijać o jakimś Lolo. Ja w mojej głowie robiłam rekonesans wszystkich ludzi jakich znam w Tuluzie i nie miałam pojęcia kim jest Lolo! Zapytałam, a ona zdziwiona: no przecież jak to nie wiesz, to jest Laurent! No tak jasne, jak mogłam na to nie wpaść! 

Charczące żaby
 
Jak już jesteśmy przy imionach i codziennych konwersacjach to chyba jeszcze nie wspomniałam, że we Francji sposób mówienia i wyrażania emocji jest zupełnie inny niż w Polsce. Kiedy mówimy po francusku warto duuużo gestykulować. Machajcie łapkami ile wlezie-wtedy ludzie lepiej was zrozumieją, a i nierzadko zamiast słów używa się pewnych gestów. Do tego dochodzi jeszcze gwizdanie, jak np w zdaniu: "No był tutaj Yoyo i tak w mgnieniu oka (tutaj soczysty gwizd) gdzież zniknął". (warto tez jednocześnie machnąć ręką pokazując gdzie zniknął). Istnieją też dźwięki w mowie potocznej, których nie spotkacie w żadnym innym języku, jak np. często kiedy ludzie nas słuchają i chcą potwierdzić jak bardzo wczuwają sie w naszą sytuację, lub potwierdzić to, co mówimy mówiąc "oui" wezmą jednocześnie szybki wdech wydając lekki wdech jak gdyby brakowało im powietrza. Jakbym to chciała zobrazować to wyjdzie takie "łiiihy" mówione na wdechu i wchodzące na wysokie tony. Ale moim ulubionym jest dźwięk, który używamy by wyrazić nasze niedowierzanie co do sytuacji, jej niedorzeczność lub kiedy już nic nam się nie chce. Chodzi mi o bardzo gardłowy dźwięk, który możemy odtworzyć mówiąc "hoooo" na wydechu ale z charczącym "h". Najśmieszniejsze, że te dziwne dźwięki, gesty etc bardzo szybko wchodzą nam w krew i teraz sama charczę i sapię!

niedziela, 29 czerwca 2014

Kim był Andrzej Bobkowski



Parę tygodni temu miałam przyjemność spotkać dwóch niesamowitych podróżników: Filipa i Angelikę, którzy przemierzają Francję na rowerach. Ich trasa nie jest jednak przypadkowa, bo podążają śladami książki „Szkice piórkiem”, której to autorem jest właśnie Andrzej Bobkowski. Sam autor przebył całą Francję w latach czterdziestych uciekając przed Niemcami – jego podróż również odbyła się rowerem. Swoje spostrzeżenia i uwagi dotyczące nowego kraju umieścił w książce „Szkice piórkiem”, która to stała się inspiracją dla Filipa i Angeliki. Jest to naprawdę bardzo ciekawy projekt, bo sami autorzy nie tylko podróżują śladami pisarza, ale sami też spisują swoje uwagi, czy nagrywają wywiady ze spotkanymi osobami (ja też miałam szczęście i mogłam pouśmiechać się do kamery, bo Tuluza znalazła się na ich trasie). Są to naprawdę wspaniali ludzie i jeśli jesteście zainteresowani ich projektem, czy samym Bobkowskim i jego książką to, to wszystko (wraz z fragmentami książki) znajdziecie na ich blogu i stronie na FB. Sama zresztą przymierzam się do książki, a sam projekt dzielnie śledzę. Naprawdę polecam ;)

piątek, 2 maja 2014

Pochówek i kaczka



Mówiłam, że powiem coś o Tuluzie, ale na to jeszcze mam czas. Nasunęło mi się bowiem kilka bardziej ogólnych obserwacji. Już dawna chciałam o tym napisać , a jak przychodziło co do czego to po prostu nie mogłam sobie przypomnieć tych spostrzeżeń.

Byłam ostatnio na imprezie salsowej (jestem wielka fanka tańca, szczególnie latino) i pod koniec  wieczoru, kolega mówi mi, że on idzie na „enterrement cos tam coś tam ” i czy chcę do niego dołączyć. Przy tak głośnej muzyce nie dosłyszałam reszty po enterement (pochówek, pogrzeb) a i nawet reszty nie słuchałam, bo nie wiedziałam o co chodzi z pogrzebem o 22h! Jak niby on chce iść na ten pogrzeb tak z imprezy prosto i o tej porze i … JESZCZE mnie zaprasza?! No oczywiście jak to ja musiałam popełnić lapsus językowy (zrozumieniowy w sumie) bo nie chodziło oczywiście o żaden pogrzeb, ale o „enterrement de la vie de garçon” czyli o nasz polski wieczór kawalerski! Ale jak by to tłumaczyć słowo w słowo to znaczy: pochowanie życia chłopca i analogicznie wieczór panieński to „enterrement de la vie de jeune fille” czyli pochowanie życia młodej dziewczyny. Wiem, że nie każdego fascynuje językoznawstwo i języki obce, ale mnie tak i ten przypadek wydaje mi się niesamowicie ciekawym. Bowiem w języku polskim wieczór kawalerski czy panieński ma raczej optymistyczny wydźwięk, natomiast u Francuzów jest to jakaś tragedia! (z punktu widzenia językowego oczywiście, bo wiadomo, że jest biba striptiz czy takie tam inne kawalerskie atrakcje, a w tym przypadku była to impreza salsa/bachata/zouk). Czyżby Francuzi bali się zamążpójścia i ostatni wieczór singla nazwali pochowkiem? Nie mnie to oceniać, wnioski wyciągnijcie sami…
Zastanawiam się jak się mówi w innych językach np. języku angielskim, ktoś wie?

No ale żeby nie było, cos o południu powiem. Znowu przynudzę trochu o jedzeniu.
Jeśli jesteście fanami kaczki we wszelkich jej formach i przepisach przyjedźcie tutaj na południe w okolice Tuluzy i Montpellier- tutaj kaczki je się niesamowicie dużo! Jest to danie regionalne i co tu dużo mówić, danie przepyszne! Kaczka to jednocześnie drób i czerwone mięso- więc pychota! Wiem, że w Polsce nie je się za dużo kaczki-ale tutaj możecie naprawdę poszaleć, bo kaczka to pasza południa! Mi ostatnio danym było spróbować magret du canard- czyli po prostu piersi kaczki upieczone na steki na patelni. Ludzie no niebo w gębie! Francuzi lubią je tylko opiec z brzegu a w środku zostawiają mięso lekko krwiste. Niektórzy lubią na tyle krwiste, że czerwona strużka leje się po talerzu..

Magret du canard

(zdjęcie, źródło: http://www.une-recette.com)




Po tym cudownym daniu dostałam deser, tez rodem z regionu Midi-Pyrenées i to zrobiony domowym, tradycyjnym sposobem, a mianowicie ciasto: Millasson. Nie wiem jak to ciasto opisać. Generalnie jest to taki typowy wiejski placek bez dodatków. Ma dwie warstwy: jedna bardziej zbita i sucha a druga bardziej budyniowa (powinno to być widać na zdjęciu). Bardzo smaczne ale orgii na podniebieniu nie było.


zdjęcie: ciasto Millason

Ach, co do placków, to zwróciłam uwagę, że we Francji wszystkie placki i ciasta są okrągłe-tarty, quiche, cramble (to akurat nie zawsze), millason, a z kolei my mamy w Polsce raczej bardziej kwadraturę ciast. Wiem, że to kolejna uwaga która nic nie wnosi do ani mojego ani waszego życia, no ale może ktoś kiedyś pisał albo będzie pisał doktorat o formach ciast  i będzie jak znalazł… No to, bon appétit!